Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2015

Antoni Czechow, „Śmierć urzędnika i inne opowiadania”


Opowiadania Czechowa poznałam w czasach licealnych i lektura zapadła mi w pamięć jako spotkanie z twórcą – inaczej niż w przypadku dramatów – niezbyt udane. Dobrotliwe żarciki, ironia zastygła jakby w pół drogi do mocniejszej puenty, satyra przełamana zadumą nad niejednoznacznością ludzkich wyborów – to nie mogło zachwycać w okresie burzy i naporu.

Całość tutaj.

środa, 6 listopada 2013

"Uniwersum Metro 2033: Za horyzont" Andriej Diakow


Wielu fanów Uniwersum Metro 2033 ucieszyła wiadomość, że wbrew początkowym zapewnieniom, Andriej Diakow postanowił napisać kontynuację losów Tarana i Gleba, a tym samym zakończyć trylogię o petersburskim stalkerze i jego przybranym synu. Po świetnych pierwszych tomach („Do światła” oraz „W mrok”) moje oczekiwania odnośnie powieści „Za horyzont” były naprawdę wysokie. Niestety, jak to zwykle bywa, gdy człowiek spodziewa się czegoś wyjątkowego, po zakończonej lekturze pozostaje niedosyt i pewien niesmak.

Taran i jego towarzysze znani z poprzedniego tomu stają w obliczu jednego z najtrudniejszych, a jednocześnie najważniejszych zadań w swoim życiu. Podczas gdy petersburskie metro pogrąża się w wojnie wywołanej przez wegan, oni wyruszają w pozornie straceńczą podróż do Władywostoku, gdzie mają nadzieję odnaleźć ślady projektu Alfejos. Gdyby udało się wprowadzić go w życie, byłoby możliwe usunięcie z powierzchni ziemi skutków promieniowania. Śmiałkowie mają do przemierzenia kilka tysięcy kilometrów przez kraj opanowany przez zmutowane potwory oraz pozbawionych sumienia ludzi, którym udało się przeżyć katastrofę nuklearną. Czy ich misja ma jakiekolwiek szanse na powodzenie?

środa, 30 października 2013

"Sonieczka" Ludmiła Ulicka

Czasami nie trzeba przeczytać grubego tomiszcza, aby mieć poczucie, że przeczytało się dobrą książkę. Czasami wystarczy przeczytać niespełna sto stron, aby zachwycić się piórem pisarki i jej sposobem opowiadania historii. Taka właśnie jest „Sonieczka” Ludmiły Ulickiej.

Nie ma tutaj ani zawrotnej akcji, ani pasjonujących postaci. To prosta opowieść o prostych ludziach. Sporo też jest w niej o książkach i czytaniu, bowiem tytułowa Sonieczka Czytać zaczęła w wieku lat siedmiu i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie”, jednakże "Z czasem nauczyła się jednak odróżniać  w morzu książek fale dużych od małych, a małe - od przybrzeżnej piany, wypełniającej ascetyczne szafy z literaturą współczesną".
Czytaniem uprzyjemniała sobie chwile szarego, pospolitego życia w Rosji w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Wychowana w żydowskiej rodzinie byłego zegarmistrza, niezbyt przystojna Sonieczka kończy technikum bibliotekarskie i podejmuje pracę w magazynach biblioteki. Zaczęłaby studiować filologię rosyjską, gdyby nie wybuch wojny. To jednak  w magazynach bibliotecznych spotkała swoje przeznaczenie i wielką miłość w osobie Wiktora Robertowicza – malarza, który miał swoje atelier w Paryżu, ale na nieszczęście wrócił do Rosji, gdzie natychmiast uznano go za zdrajcę i osadzono na pięć lat w łagrze.

Tak zaczyna sie kolejny etap w życiu Sonieczki, która zamienia miłość do książek na miłość do męża i córki Toni. Cieszy się z każdego drobiazgu, z każdej chwili, nawet jesli owe chwile nie są zbyt kolorowe  i często powtarza "Boże kochany, i za co takie szczęście", ponieważ uważa, że dostała i tak dużo więcej od życia niż na to zasługiwała. Dla niej szczęście to życ i być ze swoimi ukochanymi, bez względu na okoliczności. Niejednokrotnie podziwiałam ją za tą umiejetność odnajdowania szczęścia pośród zwykłych okruchów codzienności.

Jednakże brutalna rzeczywistość dopada i Sonieczkę, a jej postawa wobec tego, co ją spotyka, wzbudziła u mnie niedowierzenie i konsternację. Nie wiedziałam, czy mam ją podziwiać, czy też ubolewać nad jej... głupotą (?) i naiwnością (?).

Szokująca, bardzo dobra proza w małym formacie. Świetna opowieść, wywołująca lawinę emocji, o kobiecie i kobiecości na tle dwóch innych kobiet – córki Sonieczki oraz Jasi.
W “Sonieczce” znajdziemy także polskie akcenty w osobie ginekologa- uchodźcy, który pracuje w baszkirskim szpitalu oraz wpsomnianej już Jasi – szkolnej koleżanki Toni.

Smakowita perełka, która daje przedsmak tego, czego można się spodziewać po innych książkach Ludmiły Ulickiej.


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

czwartek, 17 października 2013

"Nocowała ongi chmurka złota" Anatolij Pristawkin


Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990
tłumaczenie: Eugeniusz Piotr Melech


Cóż to za tytuł - pomyślałam sobie, gdy pierwszy raz zetknęłam się z tą książką – zupełnie jak z wierszyka dla dzieci Marii Konopnickiej, i może ktoś uzna mnie za ignorantkę. Założę się jednak, że nieliczni tylko rozpoznają w tym tytule cytat z wiersza Głaz Michaiła Lermontowa i to w tłumaczeniu Leo Belmonta, bo w przekładzie Juliana Tuwima brzmi już inaczej. Ten wiersz i galopujący jeździec na dzikim koniu na tle strzelistych śnieżnych szczytów – obrazek z paczki papierosów Kazbek, to jedyne, co bliźniakom Saszce i Kolce Kużmionyszom kojarzy się z Kaukazem. Dobrze się kojarzy. W ich marzeniach Kaukaz to:
„Góry tak wielkie, jak ich dom, a pomiędzy nimi wszędzie pełno krajalni chleba. I żadna z nich nie jest zamknięta. I nie trzeba kopać, wystarczy wejść, zważyć sobie i jeść. A jak tylko się stamtąd wyjdzie, tuż obok jest następna krajalnia, i też bez kłódki. A wszyscy ludzie w czerkieskach, wąsaci, weseli. Patrzą, jak Saszka zajada z apetytem, uśmiechają się, poklepują go po ramieniu. „Jakszy” - powiadają. Czy jakoś w tym rodzaju. A sens tego jest taki: „Zjedz jeszcze, bo dużo mamy tutaj krajalni chleba.”1
Krajalnia chleba dla tych sierot wojennych z domu dziecka w podmoskiewskim Tomilinie to sanktuarium, największy skarbiec, Sezam pełen najbardziej upragnionego dobra. Tak pożądanego, że ryzykują podkop, by się do niej dostać. Plan kończy się fiaskiem, a Kuźmionysze, bojąc się, że się wyda, kto próbował dostać się do krajalni, postanawiają ratować się ucieczką, a dokładniej - zgłaszają się na ochotnika do domu dziecka na Kaukazie właśnie. Jakże odmienna od ich marzeń okaże się ta wyidealizowana kraina, a ludzie jakże inni od tych wesołych, życzliwych, których bliźniaki widziały w wyobraźni. I nic w tym dziwnego, w końcu Czeczeni nie mają za co kochać Rosjan. 
 

1s.18

sobota, 7 września 2013

"Azazel" Boris Akunin


Moje spotkanie z Przygodami Erasta Fandorina rozpoczęłam nieco przewrotnie – od dwunastej części cyklu zatytułowanej „Nefrytowy różaniec”. Głównego bohatera, rosyjskiego odpowiednika Sherlocka Holmesa, miałam więc okazję poznać jako mężczyznę w kwiecie wieku, z ugruntowaną sławą bezkonkurencyjnego detektywa. Jak jednak wyglądały początki jego błyskotliwej kariery? O tym właśnie opowiada „Azazel”.

Rok 1876, Moskwa. W parku miejskim w dość niezwykłych okolicznościach popełnia samobójstwo zamożny student. Swój majątek pozostawia w całości angielskiej arystokratce-filantropce, zakładającej w Rosji przytułki dla osieroconych dzieci. Sprawa wydaje się prosta, jednak młody policjant, Erast Pietrowicz Fandorin, dostrzega w niej pewne nieścisłości i postanawia przeprowadzić wnikliwe śledztwo. Dzięki uporowi i inteligencji wpada na trop międzynarodowej afery, nie zdając sobie jednak przy tym sprawy, że drążąc tę sprawę wystawia na niebezpieczeństwo zarówno siebie, jak i bliskie sobie osoby.

piątek, 6 września 2013

"Łagodna"/"Potulna" Fiodor Dostojewski

http://basiapelc.blogspot.com/p/osoby-zainteresowane-wyzwaniem-z-anne_4.html

"Potulna" lub w innych tłumaczeniu "Łagodna".
Jest to opowiadanie, które zostało wydrukowane w latach siedemdziesiątych XIX wieku w czasopiśmie "Gradżdanin", które współpracowało z Dostojewskim.

To opowieść o mężu i żonie, o ludziach, którzy nie potrafią się w jakikolwiek sposób porozumieć i co doprowadza do tragedii.
Autor umiał zrozumieć i opisać dogłębnie odczucia ludzkie i pięknie, subtelnie je przedstawić. Dostojewskiego zawsze nurtował temat ludzi biednych oraz "potulnych", czyli bezbronnych i pełnych pokory. "Łagodna" to kolejny z jego protestów przeciwko krzywdzeniu ludzi przez stosunki społeczne.

Najbardziej uznani krytycy literaccy, którzy badali twórczość Dostojewskiego, nie bez powodu nazwali go "okrutnym talentem". Jak zwykle - w przypadku tego autora - jestem zachwycona kunsztem literackim tego opowiadania, jego psychologicznym "ugryzieniem" problemów bohaterów i ich duchowych przeżyć. Dostojewski to genialny, wysublimowany psycholog, a "Potulna" to głębokie studium psychologiczne jednostki ludzkiej ciężko doświadczonej przez los.


Wyzwanie:

Rosyjsko mi!

środa, 4 września 2013

"Metro 2033" Dmitry Glukhovsky


„Metro 2033” to fenomen na skalę światową. Wizja świata po wojnie atomowej stworzona przez Dymitra Głuchowskiego zainspirowała innych autorów, czego efektem jest projekt Uniwersum Metro 2033. W jego ramach powstało już ponad trzydzieści powieści, których akcja toczy się w realiach wykreowanych przez Głuchowskiego. W Polsce jak dotąd ukazało się zaledwie kilka z nich. Moją przygodę z tym postapokaliptycznym światem rozpoczęłam nieco na odwrót – od książek autorstwa Andrieja Diakowa i Tulio Avoledo. Teraz nadeszła pora, by zmierzyć się z oryginałem, od którego wszystko się zaczęło.

Katastrofa nuklearna zmusiła ludzi do schronienia się w tunelach metra. Choć od tamtej pory minęło już dwadzieścia lat, planeta nadal jest skażona, a promieniowanie zabójcze w skutkach dla każdego, kto ośmieli się pojawić na powierzchni bez skafandra ochronnego. W tunelach moskiewskiego metra ludzie prowadzą bezpardonową walkę o przetrwanie. Liczy się tam prawo silniejszego, słabe jednostki są bez szans nie tylko ze względu na spartańskie warunki życia, ale także nieustanne zagrożenie ze strony mutantów, jakie powstały na skutek silnego promieniowania.

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Maszeńka" Vladimir Nabokov

Był to pensjonat rosyjski, w dodatku nieprzyjemny. Nieprzyjemne było przede wszystkim to, że przez cały boży dzień i kawał nocy słychać było pociągi kolei miejskiej i wydawało się, że cały dom powoli dokądś jedzie. Przedpokój, gdzie wisiało ciemne lustro z półeczką na rękawiczki i stał dębowy kufer, o który łatwo było uderzyć kolanem, zwężał się, przechodząc w nagi, bardzo ciemny, korytarz. Miał on po każdej stronie trzy pokoje z dużymi czarnymi cyframi naklejonymi na drzwiach. Były to po prostu kartki wydarte ze starego kalendarza – sześć pierwszych dni kwietnia. (s. 11)


Na pozór ot, zwykły opis pensjonatu. A jednak nie do końca. W moim odczuciu to esencja „Maszeńki”, a zarazem dyskretne wprowadzenie kluczowych elementów. W pierwszym zdaniu daje się poznać nabokovowski sarkazm. Drugie i trzecie zdanie wprowadzają istotne dla powieści motywy czyli pociąg i lustro. Natomiast piąte i szóste to z jednej strony symbolika liczby, z drugiej – kolejny żart ze strony autora: przecież nikt nie wymyśliłby tak kuriozalnych oznakowań pokojów.

Ciąg dalszy tu

niedziela, 7 lipca 2013

"Znak wodny" Josif Brodski


Moje pierwsze polskie wydanie tej książki poprzetykane jest pięknymi sztychami Joannesa Baptisty Brustoloni. Cudownie obrazują poetycko-nostalgiczną treść. Esej niewielki, zaledwie sto stron, a pochłania całkowicie uwagę i narzuca wolne tempo czytania. Tam wśród stron słychać szum wody, cichy plusk wiosła, krople wody, które spływają po murach i drążą je niestrudzenie. Przez esej płynie się niczym gondolą, wznosi i opada, czytając pełne miłości, troski i uwielbienia słowa na temat kolejnego miasta Brodskiego nierozerwalnie połączonego z wodą, tym razem położonego na bagnistych wyspach, poprzecinanego niezliczonymi kanałami. Wenecja.
W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedzielę, dźwięk jego niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny, porcelanowy serwis do herbaty. Otwieramy okno na oścież i pokój w jednej chwili zalewa ta kłębiąca się na zewnątrz, przesycona dzwonieniem mgiełka.”.
Potrzeba nieco czasu, aby wsluchać się w to mokrą opowieść lawirującą pomiędzy kanałami.

Przez siedemnaście zim Brodski chował się świątecznie i noworocznie w Wenecji, która ukochał właśnie o tej porze roku. Nie-mieszkaniec, ale również nie-turysta, dostrzegał w tym mieście więcej niż przeciętne oko. I mam wrażenie, że kochał Wenecję nie mniej, niż przeciętny wenecjanin.  Poetycka proza Brodskiego to obrazy miasta odbite w wodzie i w lustrach, cuda architektury, które oglądane przez pryzmat wody nabierają zupełnie innego znaczenia, wrażenia przemijalności, upływania czasu.

Cudownie byłoby spacerować ze „Znakiem wodnym” po Wenecji, jakże inaczej brzmiałyby te słowa na moście Westchnień czy u stóp Canale Grande. Jakże inny byłby Plac św. Marka czy mały bar przy stazione. „My bowiem znikamy, a piękno pozostaje. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gdy piękno jest wieczną teraźniejszością”.
Z przyjemnością poznałam Wenecję Brodskiego, ale przyznaję, że wolę jego Petersburg, bardziej rosyjski, słowiański i bliższy mojemu sercu.
Brodski ukochał obydwa miasta, w Petersburgu zostawił swoje serce, zaś jego ciało spoczęło  na San Michele.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 31 maja 2013

"Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście" Josif Brodski


Już od kilku dni zastanawiam się, jak napisać o „Dyptyku petersburskim” Josifa Brodskiego, bo te dwa eseje są tak dobre, że powinnam się ograniczyć do przetoczenia kilku cytatów, które byłyby najlepszą rekomendacją. Będę więc oszczędna w słowach i niech Brodski mówi sam za siebie, bo to on jest mistrzem słowa pisanego.

Pierwszy esej, w oryginale napisany po rosyjsku, a przetłumaczony przez Pawła Hertza – „Przewodnik po przemianowanym mieście” – traktuje o ukochanym mieście Brodskiego, któremu patronują dwa pomniki – słynny Jeździec Miedziany na Placu Senackim oraz pomnik Lenina przed dworcem Fińskim. To Petersburg, przez 67 zwany również Leningradem. 
"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używac ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby”.
Brodski maluje jego duchowy portret, mocno osadzony w ramach historii, przypomina, że to rosyjskie miasto zbudowano nad kanałami Newy, niczym Wenecję Północy i jest najmniej rosyjskim miastem, a przez to bardzo osamotnionym.
To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu”.
Petersburg w oczach Brodskiego i świata, to nie tylko piękne położenie, wspaniałe budynki, ale przede wszystkim kolebka literatury rosyjskiej.
Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda możświadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy”.
Niezwykły to esej, który wiele wyjaśnia, ale skłania również do kolejnych wewnętrznych poszukiwań.

Drugi esej “W półtora pokoju”  Brodski napisał po angielsku, a został przetłumaczony przez Annę Husarską. Wzruszający, ściskający za gardło, napisany ku pamięci rodziców Brodskiego, ktorzy żyli przez większość swego życia w półtora pokoju w Peterburgu. Wygarnięte z zakamarków pamięci strzepki wspomnień, aby zachować je zanim zostaną unicestwione, bowiem “Pamięć zdradza wszystkich, szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, sojuszniczka śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć pamięci do wskrzeszania kogokolwiek, nawet na papierze”.  To wspomnienia mieszkania, zapis gestów, mimiki, wspólnego spaceru z ojcem, wspomnienie łóżka rodziców czy chińskich figurek przywiezionych przez ojca, oficera marynarki. Bardzo osobiste, przepięknie napisane, przepełnione miłością i tęsknotą.  

Typ prozy do której chce się wracać i wracać, aby upajać sie pięknem języka.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 24 maja 2013

"Zbrodnia i kara" Fiodor Dostojewski

Arcydzieło, jedna z najlepszych powieści jakiekolwiek dotychczas napisano, przesławna "Zbrodnia i kara". Postanowiłam sobie tą lekturę odświeżyć. Już nie mogę się doczekać przeczytania następnych utworów mistrza Dostojewskiego.
 
 Jest to opowieść o zawszonej, brudnej, śmierdzącej rzeczywistości. Historia Rodiona - zabójcy, biednego byłego studenta prawa(!), którego cały światopogląd okazuje się mylny, zły, grzeszny. Całe, przebogate studium psychologiczne jednostki ludzkiej, mordercy: podpuszczanie przez władzę, zaprzeczenie, strach, powrót na miejsce zbrodni, złość, choroba, klęska, załamanie, upadek ideologii Gdyby nie jego podejrzane zachowanie i wcześniejsze poglądy, to nikt za bardzo nie uznałby go za winnego dokonania najgorszej możliwej zbrodni. Jego jakże naiwne, jakże głupie, jakże durnowate myślenie doprowadza do jego klęski, nie jest nadczłowiekiem, nie jest ideałem, nie jest wybitny, nie jest nawet wyjątkowy, i tak samo nie ma ludzi-wszy, nie może być innego końca! 

Przeczytaj do końca >>



Książkę zrecenzowałam w ramach mojego wyzwania:

 

wtorek, 21 maja 2013

"Lolita" Wladimir Nabokow

Dzisiaj będzie bulwersująco...

Ostatnio odświeżyłam sobie kolejnego rosyjskiego pisarza i utwór zaliczany do klasyki. Sławetna "Lolita", arcydzieło Nabokowa, jakże gorszące, jakże grzeszne.

Bohater sięga po zakazany owoc, a wcale nie powinien.  Niszczy tą dziewczynkę, taka młoda osoba mogła próbować go uwodzić, udawać nimfetkę, ale w głębi była małą dziewczynką przeogromnie zagubioną po stracie matki. Co z tego, że kochał? że się zauroczył? Nabokov w tak niesamowity sposób przedstawia nam jego myśli, że możemy poczuć się nim, zachwyca nas swoimi opisami tak płynnie, lekko, bajecznie... Czytelnik znajduje się w siódmym niebie i nagle spada głową w dół, w przepaść zdając sobie sprawę, że ta miłość i obsesja na punkcie Lo to zło, to grzech, nie może mieć prawa i racji bytu, powinno być stłamszone za wszelką cenę.

Przeczytaj do końca w Czytelni >>




Książkę zrecenzowałam w ramach mojego wyzwania:


 

czwartek, 16 maja 2013

"Bibliotekarz" Michaił Jelizarow


Witam wszystkich po raz pierwszy.

Jelizarow: autor – debiutant otrzymał za "Bibliotekarza" prestiżową nagrodę ROSYJSKIEGO BOOKER’A 2008.
 
 Przedstawiam Wam pozycję, która jest najwspanialszym dziełem jakie dotąd czytałam…
 
Gronow (1910-1981r) to mało poczytny radziecki pisarz, który wydał w swoim życiu 7 książek. Tematy książek dotyczyły rozbudowy kraju, życia ludności, kopalń, fabryk, ziem, czerwonych dyrektorów, kierowników kołchozów, żołnierzy. Dobro nużąco zawsze było w nich górą, zło zwalczane i uwięzione. Styl książek nudny, nie zachęcający do czytania, odpychający. Z czasem każdy wydawca odmawiał Gronowowi publikacji, bo tworzył dla ZSRR, które chyliło się ku upadkowi. Umarł w samotności jeszcze w czasie jego trwania. Po latach jego książki, które ocalały (a było ich niewiele) są w środowisku kolekcjonerów… bezcenne.

?????

A jednak!

Łagudow po przeczytaniu książki Gronowa dostaje „objawienia” jak ulepszyć świat, całkowicie zmienia swoje postępowanie, zostawia żonę, zmienia się diametralnie. To on tworzy pierwsze takie  środowisko - Bibliotekę – złożoną z członków, których wtajemnicza w działanie księgi. Staje on na ich czele…
 
 Brzmi zachęcająco? To poczekajcie na więcej…
 
Przeczytaj do końca>>



Książkę zrecenzowałam w ramach swojego wyzwania:

 

sobota, 19 stycznia 2013

"Pokolenie zimy. Moskiewska saga tom I" Wasilij Aksionow


Po skończeniu pierwszego tomu “Moskiewskiej sagi” Wasilija Aksionowa naszła mnie refleksja, że właściwie powinnam zacząć lekturę od „Stromej ściany” Eugenii Ginzburg, która była matką autora. Wydaje mi się, że wtedy mogłabym jeszcze lepiej zrozumieć, czym przysłowiowa skorupka za młodu nasiąkła, poznać Aksionowa, nie tylko poprzez przeczytaną książkę.

Czas akcji pierwszego tomu przypada na lata 1925-1937. Na szczegółowym i burzliwym tle historycznym zostały przedstawione dzieje rodziny Borysa Gradowa, jego żony Mary, a także ich dzieci: Nikity, Cyryla i Niny wraz z ich partnerami życiowymi. Trudno byłoby o bardziej skomplikowaną rodzinę. Borys jest wybitnym chirurgiem, bardzo cenionym w kraju; Mary, z pochodzenia Gruzinka, zakochana jest w Szopenie; Cyryl jest fanatycznym marksistą; jego brat Nikita oficerem Armii Czerwonej, a Nina jest poetką i trockistką. Takie połączenie w owym czasie może zwiastować tylko ogromne kłopoty. Oprócz postaci fikcyjnych mamy także postacie historyczne: Stalina, Berię, Trockiego i wielu innych decydentów tamtych czasów. Niektóre z nich są tylko wspomniane, inne odgrywają większą rolę w powieści.

Pierwszy tom „Moskiewskiej sagi” dopiero rozkręca akcję, poznajemy najważniejsze postaci, ale także doświadczamy metod działania byłego ZSRR: inwigilacje, aresztowania, „niezawodne” metody śledztwa, spiski, oczernienia.
W książkę trzeba się wgryźć i to porządnie. Pierwsze kilkadziesiąt, a może nawet więcej stron, to przedstawienie sytuacji w kraju, nastrojów wśród narodu, przybliżenie głównych obozów politycznych. Mimo, iż historię tego okresu znam dobrze, to dosyć mozolnie brnęłam przez powieść. Być może dlatego, że nie jest to mój ulubiony kawałek historii, a może jeszcze inaczej – jest to paląca mnie część historii, która uwiera i boli.

Największą zaletą tej książki są jej bohaterowie, pełni entuzjazmu, rzucający się w wir walki w obronie ideałów, w które wierzą. Często bardzo uduchowieni, patetyczni. Nie ma tutaj nijakiej postaci, każda jest żywa, prawdziwa. Do jednych czujemy natychmiastową sympatię, do innych wielką niechęć. Między stronami książki czuć strach tych, których chciano unicestwić, wszechogarniający terror i kompletną bezsilność wobec tych, którzy mieli w rękach władzę.
Mimo naszpikowania książki faktami historycznymi, wątkami politycznymi (ale czy można pisać o tych czasach w inny sposób?) czyta się doskonale. Tragiczne losy rodziny Borysa Gradowa śledziłam z ogromnym zainteresowaniem, ale i bólem, poczuciem niesprawiedliwości. To jak czytać o losach wielu rosyjskich rodzin, których spotkało morze cierpienia ze strony rządzących. A przecież wiedziałam, że to dopiero przedsmak tragedii...

Tom pierwszy "Moskiewskiej sagi" jest dobrą książką, pewnie oceniłabym go jeszcze wyżej, gdyby nie potężna dawka politycznego bełkotu wychodzącego z ust niektórych bohaterów. Bełkotu, który przyprawia mnie o złość i frustrację. Po kolejne tomy sięgnę, ale muszę odsapnąć i przygotować się psychicznie. Wiem, że w kolejnych tomach bolszewicy będą dręczyć i mordować nie tylko swoje dzieci, ale także ich rodziny, bliższych i dalszych znajomych, a w rezultacie cały kraj. Muszę znowu trochę nabrać dystansu do tych spraw, ale czy w ogóle potrafię?



________________

Wasilij Aksionow, Pokolenie zimy. Moskiewska saga tom 1, przeł. Maria Putrament, Wydawnictwo Amber, Warszawa 1999, s. 319.

piątek, 30 listopada 2012

Azazel, Borys Akunin


Świat Książki, 2011
Czas nagrania: 7 godz. 45 min.  Czyta Krzysztof Gosztyła
Liczba stron: 224

Moskwa 1876 rok. Erast Fandorin jest dziewiętnastoletnim policjantem. Praca jak praca - podjął się jej żeby mieć jakieś środki do życia, ponieważ utracił cały majątek po rodzicach. Według zwierzchników nie bardzo nadaje się na policjanta, bo jest zbyt delikatny (prawda! rumieni się i płoni jak młoda panienka). Z drugiej strony dzięki inteligencji, skrupulatności, rozległej wiedzy i znajomości języków Erast odnajduje się doskonale. Ma też dobrą intuicję i nie pozwala na zamknięcie sprawy efektownego i obrzydliwego samobójstwa studenta, który odebrał sobie życie w parku na oczach wypoczywających tam pań.
Na szczęście Fandorin ma błogosławieństwo swojego przełożonego i podąża tropem dziwnej sprawy, a ta zawiedzie go do Europy, przyczyni się do jego awansu, ukaże mu dwulicowość ludzką, powiększy jego stan posiadania, a na koniec doszczętnie zrujnuje.

Cały tekst umieściłam na Czytam, bo lubię

"Uniwersum Metro 2033: W mrok" Andriej Diakow



W mrok to drugi tom trylogii autorstwa Andrieja Diakowa, wchodzącej w skład cyklu „Uniwersum Metro 2033”. Pierwsza część, Do światła, o której pisałam kilka dni temu (jej recenzję możecie przeczytać tutaj), bardzo mi się podobała, dlatego z wysokimi oczekiwaniami zasiadłam do lektury kontynuacji historii stalkera Tarana i jego przybranego syna Gleba.

Akcja książki rozpoczyna się zaledwie kilka tygodni po wydarzeniach opisanych w poprzednim tomie. Trwa właśnie ewakuacja mieszkańców metra na jedyną ocalałą od skażenia wyspę, Moszczny. Jednak gdy kolejna grupa przesiedleńców zbliża się do jej brzegów, wyspa zostaje zniszczona w wyniku eksplozji nuklearnej. Wszystko wskazuje na to, że atak został przeprowadzony przez kogoś ukrywającego się w tunelach petersburskiego metra. Jego mieszkańcy dostają ultimatum – mają tydzień na znalezienie winnego albo spotka ich ten sam los co wyspę. Odpowiedzialność za przeprowadzenie śledztwa spada na Tarana. On jednak ma swoje zmartwienia – jedyna osoba, o którą się troszczy, Gleb, został uprowadzony z dobrze zabezpieczonego schronu podczas jego nieobecności. Czasu jest niewiele, więc mężczyzna musi podjąć decyzję, czy podążyć tropem porywaczy przybranego syna, czy skupić się na szukaniu winnych ataku i tym samym zapewnić bezpieczeństwo wszystkim ludziom zamieszkującym podziemia.

środa, 28 listopada 2012

Tatiana Polakowa



Potrzebowałam czegoś lekkiego, śmiesznawego i co miałoby szybka, spójną akcję. Wypatrzyłam książki Polakowej i sięgnęłam po pierwszą z nich zapowiadanej jako rozpoczynającą serię książek humorystycznych i kryminalnych bijącą rekordy popularności w Rosji. Pomyślałam, że może  na bardzo popularnej, ponoć bardziej niż w Polsce, Joannie Chmielewskiej wzorują się też Rosjanki i "Pułapka na sponsora" okaże się być zabawną. Ciąg dalszy...


Żenia i Anfisa, znane czytelnikom książek Polakowej z "Pułapki na sponsora", włączają się w kolejną sprawę kryminalną. Pewnego dnia z podwórka znika dziewczynka, córka przyjaciółki obydwu kobiet. Panie, lekceważąc nieco pracę milicji, postanawiają prowadzić swoje śledztwo i dzięki swojej dociekliwości, zwanej przez męża Anfisy wścibstwem, docierają do wstrząsającej prawdy. A wszystko zaczyna się do relaksu na daczy. Ciąg dalszy...


Kolejna, trzecia już, część przygód Żeńki i Anfisy, wiedzie nas na prowincję. Mieszkańcy Lipatowa piszą do redakcji listy skarżąc się na most, który zerwała rzeka, na bagna, po których złe wodzi i na inne - niemniej tajemnicze zjawiska oraz krwiożercze skutki tychże. Wyjazdowi przyjaciółek z miasta sprzyja fakt, że Anfisa kłóci się z mężem i czuje, iż przyda się im oddalenie na czas jakiś. Ciąg dalszy...

wtorek, 27 listopada 2012

"Uniwersum Metro 2033: Do światła" Andriej Diakow


Swoją kultową już powieścią Metro 2033, Dymitr Głuchowski (bądź jak można przeczytać na okładkach książek - Dmitry Glukhovsky), stworzył podwaliny postapokaliptycznego świata, który pobudził wyobraźnię całej rzeszy pisarzy. Na bazie tego sukcesu autor stworzył projekt o nazwie „Uniwersum Metro 2033”, w ramach którego powstało już trzydzieści powieści autorstwa różnych osób. Łączy je jedno – ich akcja toczy się właśnie w realiach świata wykreowanego przez Głuchowskiego. W Polsce do tej pory ukazały się trzy książki tego obszernego cyklu: raczej średniej jakości Piter Szymuna Wroczka oraz trylogia Andrzeja Diakowa, której pierwsza część, Do światła, została bardzo ciepło przyjęta przez czytelników.

Świat, jaki znamy, został zniszczony w wyniku wojny nuklearnej. Choć minęło od niej dwadzieścia lat, na powierzchni ziemi nadal daje o sobie znać silne promieniowanie. Ludzie, którzy przeżyli zagładę żyją w ruinach metra, gdzie starają się budować swoje życie na nowo. Nieliczni śmiałkowie, zwani stalkerami, głównie dawni żołnierze i komandosi, mają odwagę wychodzić na powierzchnię i przynosić stamtąd niezbędne do życia przedmioty oraz żywność. Jest to jedno z najbardziej opłacalnych, ale i najniebezpieczniejszych zadań, bowiem poza metrem promieniowanie jest najmniejszym ze zmartwień – ziemię opanowały także zwierzęta, które pod wpływem mutacji w większości przerodziły się w potwory.

Czytaj więcej>>

piątek, 19 października 2012

Byłem strażnikiem w sowieckim łagrze

"Nasze życie jest jak dym z komina. Z początku wąski strumień, ale gęsty i soczysty, potem się rozpływa, rzednie i niknie nikomu niepotrzebne i niezauważone."
Zacznę od niezbędnych informacji. Dziennik pochodzi z zasobów rosyjskiego Memoriału, który dokumentuje represje polityczne w ZSRR, a dwa zeszyty z zapiskami były darowizną kogoś, kto odnalazł je wśród papierów dalekiej krewnej autora, który zginął na początku wojny niemiecko-radzieckiej w 1941 r. W wydaniu Bellony zamieszczono na końcu fotografie stron, które pokazują staranne pismo i rysunki autora świadczące o talencie rysunkowym. Wprowadzenie Iriny Scherbakovej (Dlaczego nie Szerbakowej/Szczerbakowej?) wpisuje rękopis w czas pisania i inne źródła literackie takie jak Szałamowa, Grossmana, Sołżenicyna. Po zapisach dziennika jest jeszcze chyba próbka opowiadań autora oraz wybór listów zeka Afanasjewa.
Sam Iwan Pietrowicz Czistiakow nie był pisarzem, pisał dla siebie, utrwalając czas służby w łagrze przy budowie BAMu (Bajkalsko-Amurska Magistrala Kolejowa) od 9 X 1935 do 17 X 1936 i tu zapisy nagle się urywają. Wiadomo o nim tyle, ile zapisał w dzienniku. Moskiewski inteligent, prawdopodobnie po studiach technicznych, z umiejętnością przeprowadzania zajęć z podwładnymi, który pisze: "Ja coś wiedziałem, dążyłem, przynosiłem pożytek, byłem nauczycielem, książką dla innych." Jest bezpartyjny, czemu daje wielokrotnie wyraz tekście, wyrzucony z partii prawdopodobnie z powodu pochodzenia. Został skierowany do służby jako dowódca plutonu na czas nawet autorowi nieznany. "Wezwali i jedziesz..." (...)
Ciąg dalszy  na blogu.

poniedziałek, 1 października 2012

"W Ussuryjskim Kraju" Władimir K. Arsenjew




Gdybym miała wskazać na książkowego bohatera roku, zostałby nim na chwilę obecną zdecydowanie Dersu Uzala. Bardzo przypadł mi do serca ten odważny Gold mądry mądrością ludzi, którzy od zawsze związani są z krainą w której żyją i kochają.  Lekturę książki „W Ussuryjskim Kraju” Władimira Arsenjewa poprzedziłam książką „Dersu Uzala” jego autorstwa oraz znakomitym filmem Kurosawy. Do książki zasiadłam z poczuciem, że nie zawiodę się i tym razem, znany mi był styl Arenjewa i wiedziałam już czego mogę się spodziewać po jego pisarstwie.

Zaczęło się już dobrze, bo wstęp napisał sam Arsenjew, darowano więc mi słowa napuszonego Pałkiewicza, wielkiego podróżnika, ale o irytującym mnie ogromnym ego (które wychodziło z każdej strony napisanych przez niego książek i przez które nie jestem w stanie polubić ich autora).
Czytaj dalej...