piątek, 22 listopada 2013

Bakterie lizusostwa i samochwalstwa

Włodzimierz Majakowski w Pluskwie z 1928 r. przedstawia przewrotną wizję przyszłości, w której idee na temat lepszego świata stały się ciałem — choć ciało to musi zdumiewać. Na ulicy bowiem „Ani ludzi, ani koni! Automatony, automatony, automatony!!!”; panny i kawalerowie nie cierpią już na chorobę zwaną zadurzeniem, gdy energia płciowa człowieka, mądrze rozkładana na całe życie, nagle w ciągu tygodnia skondensuje się gwałtownie w jeden zapalny proces, co prowadzi do bezsensownych i niewiarygodnych czynów”; a ludzie nauki co chwila sprawdzają w nieodłącznych słownikach słowa, które w ich sterylnym świecie wypadły z obiegu (dźgać, bałagan, samobójstwo).

Pełna wersja notatki widnieje na blogu o dystopiach.

środa, 13 listopada 2013

Biez wodki / Bez dachu - Aleksander Topolski


Wspomnienia łagrowe różnej maści to lektury wprawdzie ważne i słuszne, ale zazwyczaj sprawiają mało przyjemności. Kupuję kolejne i ustawiam je w rządku na półce na kilkuletnią karencję,   pochłaniając tymczasem  kolejne czytadła. Cóż, czytanie to dla mnie nader często czysty eskapizm:).
Gdy w końcu zabiorę się za taką poważną książkę, zazwyczaj piłuję ją jakieś 3 miesiące. Oczywiście – niemal zawsze lektura kończy się satysfakcją, dostarcza przemyśleń i cały bilans wychodzi na plus. Tyle, że następuje to nieprędko.
Tymczasem oba tomy wspomnień Aleksandra Topolskiego łyknęłam w ciągu kilku dni. Dlaczego tak się stało? Ciąg dalszy.

środa, 6 listopada 2013

"Uniwersum Metro 2033: Za horyzont" Andriej Diakow


Wielu fanów Uniwersum Metro 2033 ucieszyła wiadomość, że wbrew początkowym zapewnieniom, Andriej Diakow postanowił napisać kontynuację losów Tarana i Gleba, a tym samym zakończyć trylogię o petersburskim stalkerze i jego przybranym synu. Po świetnych pierwszych tomach („Do światła” oraz „W mrok”) moje oczekiwania odnośnie powieści „Za horyzont” były naprawdę wysokie. Niestety, jak to zwykle bywa, gdy człowiek spodziewa się czegoś wyjątkowego, po zakończonej lekturze pozostaje niedosyt i pewien niesmak.

Taran i jego towarzysze znani z poprzedniego tomu stają w obliczu jednego z najtrudniejszych, a jednocześnie najważniejszych zadań w swoim życiu. Podczas gdy petersburskie metro pogrąża się w wojnie wywołanej przez wegan, oni wyruszają w pozornie straceńczą podróż do Władywostoku, gdzie mają nadzieję odnaleźć ślady projektu Alfejos. Gdyby udało się wprowadzić go w życie, byłoby możliwe usunięcie z powierzchni ziemi skutków promieniowania. Śmiałkowie mają do przemierzenia kilka tysięcy kilometrów przez kraj opanowany przez zmutowane potwory oraz pozbawionych sumienia ludzi, którym udało się przeżyć katastrofę nuklearną. Czy ich misja ma jakiekolwiek szanse na powodzenie?

środa, 30 października 2013

"Sonieczka" Ludmiła Ulicka

Czasami nie trzeba przeczytać grubego tomiszcza, aby mieć poczucie, że przeczytało się dobrą książkę. Czasami wystarczy przeczytać niespełna sto stron, aby zachwycić się piórem pisarki i jej sposobem opowiadania historii. Taka właśnie jest „Sonieczka” Ludmiły Ulickiej.

Nie ma tutaj ani zawrotnej akcji, ani pasjonujących postaci. To prosta opowieść o prostych ludziach. Sporo też jest w niej o książkach i czytaniu, bowiem tytułowa Sonieczka Czytać zaczęła w wieku lat siedmiu i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie”, jednakże "Z czasem nauczyła się jednak odróżniać  w morzu książek fale dużych od małych, a małe - od przybrzeżnej piany, wypełniającej ascetyczne szafy z literaturą współczesną".
Czytaniem uprzyjemniała sobie chwile szarego, pospolitego życia w Rosji w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Wychowana w żydowskiej rodzinie byłego zegarmistrza, niezbyt przystojna Sonieczka kończy technikum bibliotekarskie i podejmuje pracę w magazynach biblioteki. Zaczęłaby studiować filologię rosyjską, gdyby nie wybuch wojny. To jednak  w magazynach bibliotecznych spotkała swoje przeznaczenie i wielką miłość w osobie Wiktora Robertowicza – malarza, który miał swoje atelier w Paryżu, ale na nieszczęście wrócił do Rosji, gdzie natychmiast uznano go za zdrajcę i osadzono na pięć lat w łagrze.

Tak zaczyna sie kolejny etap w życiu Sonieczki, która zamienia miłość do książek na miłość do męża i córki Toni. Cieszy się z każdego drobiazgu, z każdej chwili, nawet jesli owe chwile nie są zbyt kolorowe  i często powtarza "Boże kochany, i za co takie szczęście", ponieważ uważa, że dostała i tak dużo więcej od życia niż na to zasługiwała. Dla niej szczęście to życ i być ze swoimi ukochanymi, bez względu na okoliczności. Niejednokrotnie podziwiałam ją za tą umiejetność odnajdowania szczęścia pośród zwykłych okruchów codzienności.

Jednakże brutalna rzeczywistość dopada i Sonieczkę, a jej postawa wobec tego, co ją spotyka, wzbudziła u mnie niedowierzenie i konsternację. Nie wiedziałam, czy mam ją podziwiać, czy też ubolewać nad jej... głupotą (?) i naiwnością (?).

Szokująca, bardzo dobra proza w małym formacie. Świetna opowieść, wywołująca lawinę emocji, o kobiecie i kobiecości na tle dwóch innych kobiet – córki Sonieczki oraz Jasi.
W “Sonieczce” znajdziemy także polskie akcenty w osobie ginekologa- uchodźcy, który pracuje w baszkirskim szpitalu oraz wpsomnianej już Jasi – szkolnej koleżanki Toni.

Smakowita perełka, która daje przedsmak tego, czego można się spodziewać po innych książkach Ludmiły Ulickiej.


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

czwartek, 17 października 2013

"Nocowała ongi chmurka złota" Anatolij Pristawkin


Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990
tłumaczenie: Eugeniusz Piotr Melech


Cóż to za tytuł - pomyślałam sobie, gdy pierwszy raz zetknęłam się z tą książką – zupełnie jak z wierszyka dla dzieci Marii Konopnickiej, i może ktoś uzna mnie za ignorantkę. Założę się jednak, że nieliczni tylko rozpoznają w tym tytule cytat z wiersza Głaz Michaiła Lermontowa i to w tłumaczeniu Leo Belmonta, bo w przekładzie Juliana Tuwima brzmi już inaczej. Ten wiersz i galopujący jeździec na dzikim koniu na tle strzelistych śnieżnych szczytów – obrazek z paczki papierosów Kazbek, to jedyne, co bliźniakom Saszce i Kolce Kużmionyszom kojarzy się z Kaukazem. Dobrze się kojarzy. W ich marzeniach Kaukaz to:
„Góry tak wielkie, jak ich dom, a pomiędzy nimi wszędzie pełno krajalni chleba. I żadna z nich nie jest zamknięta. I nie trzeba kopać, wystarczy wejść, zważyć sobie i jeść. A jak tylko się stamtąd wyjdzie, tuż obok jest następna krajalnia, i też bez kłódki. A wszyscy ludzie w czerkieskach, wąsaci, weseli. Patrzą, jak Saszka zajada z apetytem, uśmiechają się, poklepują go po ramieniu. „Jakszy” - powiadają. Czy jakoś w tym rodzaju. A sens tego jest taki: „Zjedz jeszcze, bo dużo mamy tutaj krajalni chleba.”1
Krajalnia chleba dla tych sierot wojennych z domu dziecka w podmoskiewskim Tomilinie to sanktuarium, największy skarbiec, Sezam pełen najbardziej upragnionego dobra. Tak pożądanego, że ryzykują podkop, by się do niej dostać. Plan kończy się fiaskiem, a Kuźmionysze, bojąc się, że się wyda, kto próbował dostać się do krajalni, postanawiają ratować się ucieczką, a dokładniej - zgłaszają się na ochotnika do domu dziecka na Kaukazie właśnie. Jakże odmienna od ich marzeń okaże się ta wyidealizowana kraina, a ludzie jakże inni od tych wesołych, życzliwych, których bliźniaki widziały w wyobraźni. I nic w tym dziwnego, w końcu Czeczeni nie mają za co kochać Rosjan. 
 

1s.18

wtorek, 8 października 2013

"Zatrute życie" Anna Małyszewa

Do tej pory rosyjski kryminał znałam głównie z twórczości Aleksandry Marininy, która to gościła (i gości) na moim blogu często i dość regularnie. I szerze mówiąc zmieniać cokolwiek nie bardzo mi się chciało. O Annie Małyszewej wcześniej nie słyszałam absolutnie nic, a nawet jeśli jej nazwisko gdzieś mi się obiło o uszy, to i szybko stamtąd wyleciało. "Zatrute życie" wzięłam więc w bibliotece do ręki zupełnie przypadkiem, nie wiedząc, co to za książka, chyba tylko dlatego, że stała obok powieści Aleksandry. Czasem mam jednak takie dziwne przeczucia co do książek - kiedy już coś znajdzie się w moich rękach, to tak jak gdyby się przykleiło, nie może tych rąk opuścić. Czułam, że to jest coś, co mi się spodoba - sama nie wiem, skąd to przeczucie. Do tej pory miałam tak tylko raz w życiu. Książkę oczywiście wzięłam. I nawet zaczęłam ją czytać w pierwszej kolejności...
 
Sasza jest malarką. Skończyła właśnie Akademię Sztuk Pięknych w Petersburgu i wróciła do Moskwy, by móc zacząć zarabiać i spokojnie żyć w mieście, w którym się wychowała. Jednak nie jest to wcale takie proste. Trudno jest się wybić z obrazami początkującej artystce, dziewczyna przyjmuje więc nieliczne propozycje restauracji obrazów, a problemy z niedawno poślubionym mężem jeszcze utrudniają jej i tak nieciekawą sytuację. Sasza i Fiodor toną w długach i to tylko kwestia czasu, jak zaczną przymierać głodem. Pewnego dnia jednak do mieszkania Saszy puka zamożna kobieta, która proponuje jej odnowienie obrazu tajemniczego malarza, obrazu, który w rogu ma wielką ciemną plamę... Co to za malarz Sasza nie wie, za pracę jednak dostanie sporą sumę pieniędzy, bo według właścicielki obrazu jest on wart znacznie więcej - 10 000 dolarów. Jest tylko jedno ale: obrazu nie można zniszczyć, wtedy będzie trzeba zwrócić całą jego wartość. Sasza, tonąca wraz z mężem w długach, podpisuje umowę i przystępuje do pracy. Nieświadoma techniki, jaką został namalowany obraz, próbując rozjaśnić czarną plamę w rogu, Sasza jednak niechcący niszczy dzieło, które w ostateczności przypomina jedną wielką brudną szmatę. Załamana dziewczyna, mając cały tydzień na oddanie obrazu właścicielce, zaczyna więc własne śledztwo, próbując dowiedzieć się, kim był człowiek, który namalował ów pejzaż i cóż takiego mogło znajdować się w ciemnym, zamazanym rogu. Nie przypuszcza, że za całą tą sprawą kryje się znacznie większa, zagmatwana tajemnica, że przez ów niewiele w rzeczywistości wart i brzydki obraz giną kolejni ludzie i że cała ta zawiła historia wkrótce zaprowadzi ją na policję...
 



wtorek, 24 września 2013

Pamiętniki - Karol Wędziagolski

Zanim zagłębię się w temat Wędziagolskiego i jego pamiętników, a także na użytek tych, którzy czytają tylko pierwszy akapit - ta książka to mój prywatny hit lata. Wiem, że te sepiowe okładki zlewają się człowiekowi w jedno, ale gdyby ta jedna kiedyś rzuciła się Wam w oczy, zachęcam, żeby się nią zainteresować.

Urodzony na Wileńszczyźnie w 1886 Karol Wędziagolski był carskim urzędnikiem i absolwentem elitarnego Korpusu Kadetów. Po wybuchu I Wojny Światowej oczywiście został powołany do wojska, gdzie mógł wykorzystać swoje talenta organizacyjne i interpersonalne i szybko stał się osobą niezastąpioną w tzw. zaopatrzeniu. Po rewolucji lutowej siłą rozpędu zaangażował się w politykę i został wybrany na komisarza politycznego 8. Armii. No i wtedy się się zaczęło...
CIĄG DALSZY.

sobota, 7 września 2013

"Azazel" Boris Akunin


Moje spotkanie z Przygodami Erasta Fandorina rozpoczęłam nieco przewrotnie – od dwunastej części cyklu zatytułowanej „Nefrytowy różaniec”. Głównego bohatera, rosyjskiego odpowiednika Sherlocka Holmesa, miałam więc okazję poznać jako mężczyznę w kwiecie wieku, z ugruntowaną sławą bezkonkurencyjnego detektywa. Jak jednak wyglądały początki jego błyskotliwej kariery? O tym właśnie opowiada „Azazel”.

Rok 1876, Moskwa. W parku miejskim w dość niezwykłych okolicznościach popełnia samobójstwo zamożny student. Swój majątek pozostawia w całości angielskiej arystokratce-filantropce, zakładającej w Rosji przytułki dla osieroconych dzieci. Sprawa wydaje się prosta, jednak młody policjant, Erast Pietrowicz Fandorin, dostrzega w niej pewne nieścisłości i postanawia przeprowadzić wnikliwe śledztwo. Dzięki uporowi i inteligencji wpada na trop międzynarodowej afery, nie zdając sobie jednak przy tym sprawy, że drążąc tę sprawę wystawia na niebezpieczeństwo zarówno siebie, jak i bliskie sobie osoby.

piątek, 6 września 2013

"Łagodna"/"Potulna" Fiodor Dostojewski

http://basiapelc.blogspot.com/p/osoby-zainteresowane-wyzwaniem-z-anne_4.html

"Potulna" lub w innych tłumaczeniu "Łagodna".
Jest to opowiadanie, które zostało wydrukowane w latach siedemdziesiątych XIX wieku w czasopiśmie "Gradżdanin", które współpracowało z Dostojewskim.

To opowieść o mężu i żonie, o ludziach, którzy nie potrafią się w jakikolwiek sposób porozumieć i co doprowadza do tragedii.
Autor umiał zrozumieć i opisać dogłębnie odczucia ludzkie i pięknie, subtelnie je przedstawić. Dostojewskiego zawsze nurtował temat ludzi biednych oraz "potulnych", czyli bezbronnych i pełnych pokory. "Łagodna" to kolejny z jego protestów przeciwko krzywdzeniu ludzi przez stosunki społeczne.

Najbardziej uznani krytycy literaccy, którzy badali twórczość Dostojewskiego, nie bez powodu nazwali go "okrutnym talentem". Jak zwykle - w przypadku tego autora - jestem zachwycona kunsztem literackim tego opowiadania, jego psychologicznym "ugryzieniem" problemów bohaterów i ich duchowych przeżyć. Dostojewski to genialny, wysublimowany psycholog, a "Potulna" to głębokie studium psychologiczne jednostki ludzkiej ciężko doświadczonej przez los.


Wyzwanie:

Rosyjsko mi!

środa, 4 września 2013

"Metro 2033" Dmitry Glukhovsky


„Metro 2033” to fenomen na skalę światową. Wizja świata po wojnie atomowej stworzona przez Dymitra Głuchowskiego zainspirowała innych autorów, czego efektem jest projekt Uniwersum Metro 2033. W jego ramach powstało już ponad trzydzieści powieści, których akcja toczy się w realiach wykreowanych przez Głuchowskiego. W Polsce jak dotąd ukazało się zaledwie kilka z nich. Moją przygodę z tym postapokaliptycznym światem rozpoczęłam nieco na odwrót – od książek autorstwa Andrieja Diakowa i Tulio Avoledo. Teraz nadeszła pora, by zmierzyć się z oryginałem, od którego wszystko się zaczęło.

Katastrofa nuklearna zmusiła ludzi do schronienia się w tunelach metra. Choć od tamtej pory minęło już dwadzieścia lat, planeta nadal jest skażona, a promieniowanie zabójcze w skutkach dla każdego, kto ośmieli się pojawić na powierzchni bez skafandra ochronnego. W tunelach moskiewskiego metra ludzie prowadzą bezpardonową walkę o przetrwanie. Liczy się tam prawo silniejszego, słabe jednostki są bez szans nie tylko ze względu na spartańskie warunki życia, ale także nieustanne zagrożenie ze strony mutantów, jakie powstały na skutek silnego promieniowania.

wtorek, 3 września 2013

"Nieśmiertelny" Catherynne M. Valente




Na „Nieśmiertelnego” ostrzyłam sobie zęby już od dawna – kusiły mnie świetne recenzje, intrygował opis fabuły i przyciągająca spojrzenie okładka. A kiedy wreszcie zasiadłam do lektury, wystarczyło kilka zaledwie stron, żebym totalnie i nieodwołalnie dała się porwać opowieści tak niezwykłej, że trudno porównać mi ją do czegoś innego.

Już jako mała dziewczynka Maria Moriewna spostrzegła, że świat nie jest takim, jaki się wydaje. Przyglądając się stadom ptaków gromadzących się przed jej oknem, wypatrzyła wśród nich mężów dla trzech starszych sióstr. Dlatego z niecierpliwością czekała na chwilę, gdy kolejny ptak spadnie z drzewa, zmieni się w przystojnego młodzieńca i przyjdzie prosić o jej rękę. Maria czekała na próżno, jako czwartej córce pod względem wieku i urody, zaczarowanej wierszami Puszkina, pisany był jej inny los. Gdy pewnego dnia do jej drzwi zapukał Kościej Nieśmiertelny, dziewczyna wiedziała, że właśnie spotkała swoje przeznaczenie. Car Życia obsypał ją dobrami, o jakich nigdy jej się nie śniło, obdarzył miłością dziką i nieposkromioną, zmienił z naiwnej dziewczyny w walczącą dla niego bezwzględną wilczycę, a jednocześnie skazał ją na nieuchronną zgubę. Tak jak ona jego…

sobota, 31 sierpnia 2013

"Lotem gęsi" Mariusz Wilk


Gdybym chciała napisać o czym jest „Lotem gęsi” Mariusza Wilka i jak zrozumieć tą książkę, to napisałabym te dwa cytaty:
Wiecie, czym się różni wojażer od włóczęgi? Ano tym, że drogi wojażera zawsze wiodą do jakiegoś celu (...) Natomiast dla włóczęgi sama Droga jest celem. Dlatego wojażer prędzej czy później powraca ze swoich wojaży, a włóczęga wytrwale podąża dalej... (...) Włóczęga bowiem jest  s t a n e m  d u c h a, a nie czynnością – profesją lub hobby – jak wojażowanie”.
Wiecie, czym różni się książka podróżnicza od książki-tropy. Ta pierwsza – według White’a – jest kolekcją wiorst, rodzajem kulturalnej turystyki (trochę historii i trochę kuchni, nieco śmiego i owego), druga jest włóczęgą w pełnym tego słowa znaczeniu. Nigdy bowiem nie wiesz, pisząc, dokąd dotrzesz! Książki-tropy nie mają ani początku, ani końca, są kolejnymi śladami jednej i tej samej tropy, gdzie prolog może okazać się epilogiem, a epilog – prologiem”.
Bo „Lotem gęsi” jest kolejną książką- tropą napisaną przez włóczęgę.
Jak pisze Mariusz Wilk? Sam ujął to idealnie: „-Piszę, droga pani – odrzekłem – jak chodzę, niespiesznie, żeby czytając, można było kontemplować to, co widzę, idąc. To proza nie dla miłośników bystrej jazdy i migotliwych obrazków. Sądzę też, że to kwestia wieku. Z każdym rokiem coraz bardziej czuję jesień. Z każdym krokiem – ich mniej”. Toteż czytałam wolno, zabierając książkę na spacery, siadywałam na plaży, patrzyłam na morze w kierunku Saint-Malo, gdzie spotkał Kennetha White’a na festiwalu Etonnants Voyageurs i myślałam, że kiedyś może dotrę tam w tym czasie, wszak promem ode mnie to tylko dwie godziny.

Gdzie tym razem wiodła tropa Mariusza Wilka? Ciągle na Północ, bo „Północ to nie miejsce, lecz stan umysłu”, a tropa się zmieniała, bo jak stwierdził Wilk, to nie on wydeptuje tropę, tylko tropa jego wydeptuje.
Tym razem oprócz terenów doskonale znanych Autorowi podążymy do kanadyjskiego Labradoru śladami Kennetha White’a, a właściwie zupełnie inną drogą. Mimo że ziemia obca Wilkowi, to i tam znajdzie ludzi Północy podobnych jemu samemu, co znowu spowoduje lawinę przemyśleń. Także na temat zniszczeń, których biały człowiek dokonuje na dziewiczych terenach i w  dziewiczych sercach i umysłach Indian.

Jest oczywiście i Karelia, tym razem spacerujemy po jej stolicy Pierozawodsku. Nie tylko współcześnie, ale i w przeszłości, która była sfalsyfikowana, śledzimy więc drogę, która prowadzi do odprostowania jej przeszłości.

I ostatnia tropa. Najważniejsza. Martusza. „Przez ten rok nauczyła mnie wiele. Przede wszystkim tego, że czas można łuskać jak fasole, przebierając w palcach każdą chwilę i wyłuskując z nich ziarna wieczności. Że zarówno czas, jak i przestrzeń mają różne wymiary, które niestety przestajemy dostrzegać z biegiem lat, ale wystarczy wychynąć z siebie, żeby ponownie je odnaleźć. I że życie może być wspaniałym tańcem, jeśli się odczuwa wspólny rytm krwi”.

Lubię książki Mariusza Wilka. Czasami mam wrażenie, że to nie ja czytam jego książki, tylko one czytają mnie. Nie inaczej było z „Lotem gęsi”. Piękne, rytmiczne pisanie, smakowity język. Sięgałam po tą książkę i ją odkładałam, czasami miałam wrażenie, że sama mnie szukała. To książka, gdzie po lekturze akapitu mogłam się zamyślić na długą chwilę, na pół dnia. To pisanie trzeba poczuć, a polubienie przychodzi już samo.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.

piątek, 30 sierpnia 2013

"Tropami rena" Mariusz Wilk



Czym jest kolejna część „Dziennika Północy” Mariusza Wilka? Opatrzona została cytatem z Bruce’a Chatwina: „Prawdziwym domem człowieka nie jest budynek, ale Droga, a życie to podróż, którą należy przejść na piechotę”. Jest to niewątpliwie książka Drogi tej dosłownej i tej wewnętrznej, ale także esej, opowieść o Saamach, najstarszym plemieniu Europy, o którym napisano już tak wiele i wciąż wiadomo tak niewiele. Wilk przychyla się do jednej z hipotez, że Saamowie (Lapończycy) wywodzą się z jaskiń Lascaux, Cro-Magnon i Altamiry, a przybyli na Północ podążając za renami, które kierowały się tam za przesuwającym się lodowcem. Dlaczego właśnie za renami? Wilk uważa, że powodowało to mięso rena, według niego najsmaczniejsze, najczystsze na świecie, którego smaku nie można porównać do niczego innego.

Wędruje więc Wilk śladami koczowniczego plemienia Saamów, natykając się na swojej drodze na szamańskie kręgi, naskalne rysunki, aby przekonać się, czy prawdziwi Saamowie jeszcze istnieją, a jeśli tak, to w jakiej formie przetrwali. Niewiele po nich pozostało, najwięcej starych opowieści, stare obrzędy, pieśni, trochę rękodzieła, sami Saamowie nie przywiązywali wagi do rzeczy materialnych, stąd też nie znajdziemy wiele symboli kultury saamskiej,
Kujwa - źródło 
które przetrwałyby do naszych czasów. Saamowie nie posiadają jednego języka, istnieje raczej wiele narzeczy, dopiero niedawno powstały próby stworzenia języka i alfabetu saamskiego. Jako że nie było wcześniejszej możliwości zapisu dziejów przez Saamów, stąd historia starego plemienia nomadów coraz bardziej odchodzi w zapomnienie, umierając wraz z najstarszymi członkami, a ci, którzy jeszcze żyją zazdrośnie jej strzegą. 
Wciąż jeszcze istnieją rysunki naskalne, święte miejsca ukryte gdzieś daleko w tundrze i garstka potomków Saamów, daleko na Półwyspie Kolskim, zepchniętych tam przez cywilizację, napływ Rosjan, którzy odzierani są kawałek po kawałeczku ze swojej tożsamości, wiary i obrzędów. Ich krew już dawno zmieszała się z krwią ludności napływowej, więc istotne jest pytanie, czy prawdziwi Saamowie jeszcze istnieją? Może to nie kwestia krwii, ale sposobu życia? Na swojej drodze Wilk spotyka innych pasjonatów, którzy podążają podobną drogą. Muzealnicy, etnografowie, lingwiści, to z nimi wymienia uwagi i spostrzeżenia, dzieli się swoją fascynacją.

O ile w „Domu nad Oniego” można było wyczuć niechęć Autora do Europy, w „Tropami rena” można nabrać pewności, że Wilk Europy jako takiej nie lubi i otwarcie ją krytykuje, z jej narzucającą się zachodnią kulturą, zawłaszczaniem coraz większych połaci, do niedawna jeszcze dzikich, ziem. W jednym z wywiadów powiedział kiedyś: „Mówiąc o pustce, myślę o tej pustej i czystej szklance, w którą można nalać świeże wino... Na Północy nie ma historii (zabytków, ruin, granic...), więc nie ma o co się spierać. Północ to stan uma”. Odsyła nas do “Słownika Języka Polskiego Witolda Doroszewskiego, gdzie stoi czarno na białym, że w dawnej polszczyźnie „umem” nazywali rozum, rozsądek i umysł”.
Jezioro Duchów - źródło  
Zdaje się, że to właśnie znajduje na dzikiej Północy, u starego Kujwy i nad Jeziorem Duchów, świętym miejscem Saamów.

Przyroda jest bardzo ważną częścią książki i jej działające na wyobraźnię opisy zapierają dech w piersi, jednakże żałuję, że nie ma zdjęć z Półwyspu Kolskiego. Bardzo mi tego brakowało. Czy jest to zabieg celowy, aby uchronić ten kawałek ziemi przed turystami i najeźdźcami z Europy? Być może. Wśród dzikiej przyrody saaamskiej ziemi Wilk daje się poznać jako zwolennik animizmu. Przytacza słowa jednego z Saamów: „Chodzi o to, co chrześcijanin nazywa duszą, twierdząc, że tylko człek ją posiada. Dla nas natomiast cała przyroda jest uduchowiona, Gdzie spojrzysz, stamtąd duch wygląda, zarówno z człowieka, jak i ze zwierzęcia, z drzewa, z rzeki czy z kamienia. Zatem byle źdźbło ma swoją moc, co od dawna zresztą wykorzystuje medycyna ludowa. Stąd nasz szacunek dla przyrody, a i respekt przed nią”. Pisze: “w pierwotnych wierzeniach Północy oczy były zaczątkiem tego, co w późniejszych religiach przyjęto nazywać duszą. W oczach ogniskowała się siła duchowa. Patrzeć – znaczyło być. Dla animistów każdy kamień, drzewo, góra lub rzeka są obdarzone duszą. Nic dziwnego, że cała Przyroda spogląda na nas w milczeniu. Ileż to razy, wałęsając się po północnych tropach, miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Że ciągle ktoś na mnie patrzy – to z gąszczu wyziera, to z gór popatruje, to z jeziora wygląda. Wrażenie to potęguje niezwykła cisza północnej przyrody. Jej bezmowność. Sam chciałbym kiedyś być samym czystym patrzeniem bez nazwy, na granicy, gdzie kończy się ja i nie-ja”.
 
Kujwa - źródło
„Tropami rena” imponuje erudycją, ale język już nie jest aż tak bardzo koronkowy, gęsto poprzetykany rusyzymami. W książce znajdziemy ślady aktualnych literackich fascynacji Wilka. Tym razem jest to Bruce Chatwin – piewca Drogi oraz chiński poeta Li Bo – wyznawca taoizmu i podróżnik- włóczęga.

“Tropami rena” to odbicie niezwykłej Drogi, gdzie odpowiedzi na najważniejsze pytania odnalezione zostały w milczeniu. Do niespiesznego czytania i bez europejskiej gonitwy. Koniecznie.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.


czwartek, 29 sierpnia 2013

"Dom nad Oniego" Mariusz Wilk


Sięgając po pierwszy tom „Dziennika Północy” autorstwa Mariusza Wilka oczekiwałam wspaniałej opowieści o Karelii, krainy leżącej w Rosji, tuż u stóp Finlandii. Niewiele było mi wiadomo o tej ziemi i jej mieszkańcach, poza sprawami oczywistymi, że są tam białe noce, że zima trwa około osiem miesięcy i że jest bardzo zimno. Któż może lepiej znać realia od osoby, która tam mieszka, zmaga się z codziennością, nie jest turystą, który zobaczy główne atrakcje i przyswoi tylko to, co zostanie mu powiedziane lub pokazane? Intrygowało mnie również to, dlaczego ktoś ucieka od cywilizacji, zaszywa się nad pustkowiu i wraca do prostego i z pewnością niełatwego życia. Jak się żyje na takiej ziemi? Czytałam kiedyś, że wcześniej ta ziemia była gęsto zaludniona, a w ostatnich latach chałupy zieją pustkami, a ziemie kołchozów zamieniają się w połacie nieużytków. 
Po części moje nadzieje zostały spełnione.
Ze stron książki wylania się obraz silnego i odważnego mężczyzny, typowego macho, czasami o kontrowersyjnych poglądach. Podziwiałam ogromnie jego oczytanie i erudycję, a czasami raziły jego opinie.

Właściwie nie wiem, jak nazwać książkę Wilka, wszak każdy dziennik można pisać w sposób dowolny, ale szczerze mówiąc zabrakło mi tam opisów codzienności, nieco bardziej intymnych zwierzeń. Rozumiem, że każdy zimowy dzień jest walką o przetrwanie obejmującą wyrąbywanie lodu w przerębli, rąbanie drwa na opał i dbanie o ciepło w izbie, aby nie zamarznąć w czterdziestopniowym mrozie, ale jakieś osobiste szczegóły lub ich namiastka chociaż, mogłyby się tam znaleźć. Tak, tego typu książki traktuje trochę jak podglądanie sąsiada przez okno. Autor jest zdania, że Dziennik – to rodzaj ukrycia się... Szkoła samodyscypliny i bezustannej uwagi, by nie wypaść z siebie i nie stracić dystansu. Co innego w powieści, tam można się obnażyć i pokazywać do woli najskrytsze strony swojej osobowości pod maską tego czy innego bohatera. Fikcja pozwala autorowi głosić bulwersujące poglądy, wkładając je w usta zmyślonych postaci”.
Zachłannie czytałam wszelkie opisy przyrody, szczególnie tytułowego jeziora, starając się stworzyć w wyobraźni karelski obraz, zarówno zimowy, jak i letni, ale jakoś mało było mi tej Karelii, chciałabym więcej. Niewiele dowiedziałam się o mieszkańcach, poza tym, że piją i są leniwi, chociaż  Wilk zapewnia, że trzeba z tymi ludźmi popracować, aby przekonać się jacy są naprawdę. Ludzi także pierwej wypada poznać, żeby zrozumieć nie tylko to, o czym mówią, gdy wypiją, lecz także to, o czym milczą, gdy są trzeźwi”.

Karelia i jej opuszczone domy - źródło.

Dużo za to w książce znajduje się ciekawostek kulturoznawczych, obyczajowych, które pokazują ogromną wiedzę autora na temat krainy, w której mieszka. Przyznaję, że budzi to we mnie podziw i respekt. Wilk dzieli się także z nami przemyśleniami na temat obejrzanych filmów, czy przeczytanych książek, nie tylko na temat Rosji. Mnie szczególnie zainteresowały jego przemyślenia na temat twórczości Kawabaty, którego dzieła omijam wzrokiem na moich półkach. Może już nie powinnam?
Wiele jest momentów w książce, które mnie zachwycają, chociażby opowiesc o Pleszczusze i pieczce.

Język, którym posługuje się autor jest specyficzny, pełen archaizmów i rusycyzmów, mnie on nie razi, książkę czytało mi się nad wyraz dobrze i z przyjemnością. Dawkowałam sobie to czytanie, bo miałam wrażenie, że nie mogę przemknąć po stronach książki, aby nie uronić czegoś ważnego i cieszyć się dłużej melodią języka Wilka.
Słowem – podobało mi się. Mam ochotę wniknąć głębiej do tak opisywanego świata. Z pewnością będę dalej podążać tropą Mariusza Wilka. Dobrze, że "Dom nad Oniego" to dopiero pierwsza część "Dziennika Północy".

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.


niedziela, 25 sierpnia 2013

"Katarzyna Wielka. Gra o władzę" Ewa Stachniak

Katarzyna II Wielka jest bardzo znaczącą postacią w historii. Caryca Rosji od 1762 roku, była władczynią bezwzględną, rządzącą twardą ręką, zdecydowaną, która miała swój wkład również w historię Polski. Brała udział w rozbiorach naszego kraju. Mało kto jednak wie, że nie tylko to ją łączyło z Polską, bowiem w 1755 roku poznała 23-letniego Stanisława Augusta Poniatowskiego, wówczas osobistego sekretarza sir Charlesa Williamsa i niedługo poem wdała się z nim w niebezpieczny romans, którego owocem była ich córka, Anna Piotrowna.

Nie da się ukryć, że Katarzyna II jest bardzo ciekawą postacią historyczną. Rosja zresztą od jakiegoś czasu mnie przyciąga, nie mogłam więc oprzeć się tej książce; książce, w której Ewa Stachniak przedstawia portret kobiety, przybyłej na dwór rosyjski jako pruska księżniczka, a która stała się ostatecznie Imperatorową Wszechrusi. Kobiety, która z niewinnej, na pozór nieśmiałej, młodej dziewczyny staje się pewną siebie, bezwzględną i potężną carycą. Młoda księżniczka Anhalt-Zerbst, Zofia, przybywa na zaproszenie carycy Elżbiety do Pałacu Zimowego. Elżbieta widzi w niej dobry materiał na żonę swojego siostrzeńca i następcy tronu, Piotra. Nie wszystkim jednak podoba się fakt, że po rosyjskim dworze przechadza się pruska księżniczka, nawet mimo tego, że ma ona dopiero czternaście lat. A w Pałacu Zimowym wszystkie ściany mają uszy, każdy musi uważać na to co mówi i nie wierzyć w to, co słyszy - oszukują bowiem wszyscy bez wyjątku.



wtorek, 20 sierpnia 2013

"Maszeńka" Vladimir Nabokov

Był to pensjonat rosyjski, w dodatku nieprzyjemny. Nieprzyjemne było przede wszystkim to, że przez cały boży dzień i kawał nocy słychać było pociągi kolei miejskiej i wydawało się, że cały dom powoli dokądś jedzie. Przedpokój, gdzie wisiało ciemne lustro z półeczką na rękawiczki i stał dębowy kufer, o który łatwo było uderzyć kolanem, zwężał się, przechodząc w nagi, bardzo ciemny, korytarz. Miał on po każdej stronie trzy pokoje z dużymi czarnymi cyframi naklejonymi na drzwiach. Były to po prostu kartki wydarte ze starego kalendarza – sześć pierwszych dni kwietnia. (s. 11)


Na pozór ot, zwykły opis pensjonatu. A jednak nie do końca. W moim odczuciu to esencja „Maszeńki”, a zarazem dyskretne wprowadzenie kluczowych elementów. W pierwszym zdaniu daje się poznać nabokovowski sarkazm. Drugie i trzecie zdanie wprowadzają istotne dla powieści motywy czyli pociąg i lustro. Natomiast piąte i szóste to z jednej strony symbolika liczby, z drugiej – kolejny żart ze strony autora: przecież nikt nie wymyśliłby tak kuriozalnych oznakowań pokojów.

Ciąg dalszy tu

niedziela, 11 sierpnia 2013

Lew Tołstoj - Sonata Kreutzerowska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1987
Pierwsze wydanie: Крейцерова соната, 1889
Stron: 190
Tłumacz: Eleonora Słobodnikowa (Albert), Maria Leśniewska (Sonata...)

Moje wydanie zawierało też opowiadanie Albert, krótką opowiastkę o skrzypku-alkoholiku. O nim później.
Skandaliczna Sonata Kreutzerowska to relacja o burzliwym małżeństwie Pozdnyszewa. Wszystkiego dowiadujemy się w jego rozmowie z innym pasażerem pociągu. Jego opowieść jest pełna emocji, sączy się z niej zazdrość, nienawiść, pożądanie i pogarda.
Człowiek ten wpada w ciąg monologów, w których wyłuszcza swoje poglądy na społeczeństwo, mężczyzn i kobiety, ludzką moralność i różnice między klasami. Co jednak najważniejsze i będące przyczyną całego skandalu wokół Sonaty to atak na instytucję małżeństwa, wieszanie psów na obu płciach i krytykowanie ówczesnego wychowania dziewcząt. Pozdnyszew jest bardzo radykalny i w tym swoim radykalizmie posuwa się bardzo daleko.
 
cd. u mnie --> Mikropolis

piątek, 12 lipca 2013

"Generation P" Wiktor Pielewin.

Pielewina zna pewnie wielu z Was, ja dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę. Autor jest jednym z najbardziej poczytnych rosyjskich pisarzy. Dopiero go odkryłam, ale prawie od początku tej lektury zachwyciłam się jego piórem bezgranicznie.

"Generation P", czyli Generacja Pepsi-coli to jeden z najbardziej znanych jego utworów. Generacja ta to młodzi ludzie, którzy muszą się odnaleźć i stworzyć własne życie w realiach nowej Rosji.
Książka opowiada historię Wawy Tatarskiego, który jest... jakby go tu pokrótce określić, hm, który jest...  zdolnym oszołomem.
Udaje mu się zdobyć pracę jako copywriter, wymyśla spoty reklamowe, myśl przewodnią i całą koncepcję zareklamowania produktów znanych marek na rynku rosyjskim.
Pielewinowi należą się oklaski  uznania. Stworzył postać tak pokićkaną, zakręconą, psychodeliczną, wyjętą z normalnego świata, że jestem tym wstrząśnięta. Wawa raz doprowadza mnie do śmiechopłaczu, by innym razem przerazić swoją nieodpowiedzialnością. Chcecie przykładu? Proszę bardzo: Tatarski je (to mało powiedziane - żre, wpierdziela, aż mu się uszy trzęsą) muchomory i rozmawia ze znakami drogowymi, wiele tu narkotyków, schizofrenii, aż dziw, że bohater wychodzi z tego wszystkiego bez szwanku.
Na ciąg dalszy zapraszam do Czytelni.


Wyzwanie:




niedziela, 7 lipca 2013

"Znak wodny" Josif Brodski


Moje pierwsze polskie wydanie tej książki poprzetykane jest pięknymi sztychami Joannesa Baptisty Brustoloni. Cudownie obrazują poetycko-nostalgiczną treść. Esej niewielki, zaledwie sto stron, a pochłania całkowicie uwagę i narzuca wolne tempo czytania. Tam wśród stron słychać szum wody, cichy plusk wiosła, krople wody, które spływają po murach i drążą je niestrudzenie. Przez esej płynie się niczym gondolą, wznosi i opada, czytając pełne miłości, troski i uwielbienia słowa na temat kolejnego miasta Brodskiego nierozerwalnie połączonego z wodą, tym razem położonego na bagnistych wyspach, poprzecinanego niezliczonymi kanałami. Wenecja.
W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedzielę, dźwięk jego niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny, porcelanowy serwis do herbaty. Otwieramy okno na oścież i pokój w jednej chwili zalewa ta kłębiąca się na zewnątrz, przesycona dzwonieniem mgiełka.”.
Potrzeba nieco czasu, aby wsluchać się w to mokrą opowieść lawirującą pomiędzy kanałami.

Przez siedemnaście zim Brodski chował się świątecznie i noworocznie w Wenecji, która ukochał właśnie o tej porze roku. Nie-mieszkaniec, ale również nie-turysta, dostrzegał w tym mieście więcej niż przeciętne oko. I mam wrażenie, że kochał Wenecję nie mniej, niż przeciętny wenecjanin.  Poetycka proza Brodskiego to obrazy miasta odbite w wodzie i w lustrach, cuda architektury, które oglądane przez pryzmat wody nabierają zupełnie innego znaczenia, wrażenia przemijalności, upływania czasu.

Cudownie byłoby spacerować ze „Znakiem wodnym” po Wenecji, jakże inaczej brzmiałyby te słowa na moście Westchnień czy u stóp Canale Grande. Jakże inny byłby Plac św. Marka czy mały bar przy stazione. „My bowiem znikamy, a piękno pozostaje. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gdy piękno jest wieczną teraźniejszością”.
Z przyjemnością poznałam Wenecję Brodskiego, ale przyznaję, że wolę jego Petersburg, bardziej rosyjski, słowiański i bliższy mojemu sercu.
Brodski ukochał obydwa miasta, w Petersburgu zostawił swoje serce, zaś jego ciało spoczęło  na San Michele.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

niedziela, 30 czerwca 2013

„Stacja tajga” Petra Hůlová


„Stacja tajga” Petry Hůlovej to nie jest książka, która przyniesie radość i odprężenie. To bardzo mroczna, dosyć przygnebiająca powieść, gdzie są „Czarne lasy. Jakby ciężarówkami zwożono do nich całą ciemność. Ciemnozielone, z polanami porośniętymi wiecznie mokrą trawą tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi”.
Książka wymaga od czytelnika skupienia, nadążania za skomplikowaną, chaotyczną narracją i mnogością wątków. Przeczytałam sto stron i ciągle nie byłam zdecydowana, czy chcę kontynuować czytanie, historie opowiadane w książce odpychały mnie, aby po chwili przykuć do fotela. Później zaś długo też nie byłam zdecydowana, czy ta powieść podoba mi się, czy wręcz przeciwnie. Nastąpił jednak przełom, który spowodował, że „Stacja tajga” wchłonęła mnie kompletnie i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam końcowego akapitu, który wyjaśnia wszystko.
Dwa miejsca na mapie - zagubiony w syberyjskiej tajdze Charyń, którego nie ma nawet na wojskowych mapach, i Kopenhaga. Czasy tuż po drugiej wojnie światowej i współczesne. Dwie postacie – Hablund Doran, fabrykant marzyciel, który wybiera się na Syberię, aby zgłębić obrzęd Kawaszi i życie zagubionych w tajdze enklaw oraz antropolog Erske i jego podróż śladami Hablunda, pozornie aby wyjaśnić powody jego zniknięcia, ale przede wszystkim podnieść swój prestiż na uczelni.

Muszę przyznać, że Petra Hůlová potrafi budować nastrój i napięcie. Jest w tej książce coś, co czuje się każdą komórką ciała, coś na kształt muzyki w filmie, coś, co powoduje podwyższoną czujność, napięcie i oczekiwanie na zbliżającą się katastrofę. Dzięki jej słowom tajga jest ciemna, groźna, niebezpieczna, a w Charyniu czuje się czające w mroku zło i tajemnice. Syberyjska zima jest oślepiająco biała i jeszcze bardziej mroźna, którą można znieść jako tako czytając książkę latem. Bo to tylko pozornie książka o zaginięciu i poszukiwaniach. Jest to przede wszystkim opowieść o mieszkańcach Syberii, mieszkających w jednej wiosce, ale tak naprawdę to daleko od siebie tak bardzo, że się bardziej nie da,  tubylcach – plemieniu Karów i przesiedleńcach. Przesiedleńcy znaleźli się w Charyniu za karę, większe lub mniejsze przewinienia przeciwko socjalistycznemu Kraju Rad, a Karowie, pogardliwie nazywani przez nich buraczarzami, byli tam od zawsze, ze swoją wiarą w wielu bogów, obrzędy i wielożeństwem. Przez przypadek zostali w tajdze odnalezieni i natychmiast usiłowano ich zmienić na modłę reszty kraju. Wszyscy zaś mają dwie wersje zdarzeń, jedną dla obcych, którym mówią co chcą lub jeszcze mniej, gdy zadawane są im pytania, drugą dla swoich.
Podobnie jak w „Czasie Czerwonych Gor” mamy zderzenie starego z nowym. Tak samo również, jak w poprzedniej książce Hulovej istotne są postacie kobiet. W „Stacji tajdze” kobiety są tylko pozornie podporządkowane mężczyznom, faktycznie mogą robić to, co chcą. Są niezależne, mają swoje cele. Nawet ci silni, mrukliwi mężczyźni wydają się przy nich słabi i nijacy.

„Stacja tajga” jest dobrą powieścią, ale nie porwała mnie tak, jak wielu innych. Być może sprawiła to mnogość wątków, a niektóre z nich przy końcu zostały jakby porzucone i pozostawione w zawieszeniu, a być może nadmiernie skomplikowany sposób opowiadania historii, moim zdaniem niekonieczny aż do takiego stopnia. Hůlová ma dobre pióro i potrafi tworzyć historie, cenię ją za przybliżanie tych miejsc na świecie, o których nie wiemy praktycznie nic i liczę na to, że w kolejnej książce znowu zabierze nas w jakiś nieznany zakątek świata. 


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 31 maja 2013

"Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście" Josif Brodski


Już od kilku dni zastanawiam się, jak napisać o „Dyptyku petersburskim” Josifa Brodskiego, bo te dwa eseje są tak dobre, że powinnam się ograniczyć do przetoczenia kilku cytatów, które byłyby najlepszą rekomendacją. Będę więc oszczędna w słowach i niech Brodski mówi sam za siebie, bo to on jest mistrzem słowa pisanego.

Pierwszy esej, w oryginale napisany po rosyjsku, a przetłumaczony przez Pawła Hertza – „Przewodnik po przemianowanym mieście” – traktuje o ukochanym mieście Brodskiego, któremu patronują dwa pomniki – słynny Jeździec Miedziany na Placu Senackim oraz pomnik Lenina przed dworcem Fińskim. To Petersburg, przez 67 zwany również Leningradem. 
"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używac ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby”.
Brodski maluje jego duchowy portret, mocno osadzony w ramach historii, przypomina, że to rosyjskie miasto zbudowano nad kanałami Newy, niczym Wenecję Północy i jest najmniej rosyjskim miastem, a przez to bardzo osamotnionym.
To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu”.
Petersburg w oczach Brodskiego i świata, to nie tylko piękne położenie, wspaniałe budynki, ale przede wszystkim kolebka literatury rosyjskiej.
Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda możświadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy”.
Niezwykły to esej, który wiele wyjaśnia, ale skłania również do kolejnych wewnętrznych poszukiwań.

Drugi esej “W półtora pokoju”  Brodski napisał po angielsku, a został przetłumaczony przez Annę Husarską. Wzruszający, ściskający za gardło, napisany ku pamięci rodziców Brodskiego, ktorzy żyli przez większość swego życia w półtora pokoju w Peterburgu. Wygarnięte z zakamarków pamięci strzepki wspomnień, aby zachować je zanim zostaną unicestwione, bowiem “Pamięć zdradza wszystkich, szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, sojuszniczka śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć pamięci do wskrzeszania kogokolwiek, nawet na papierze”.  To wspomnienia mieszkania, zapis gestów, mimiki, wspólnego spaceru z ojcem, wspomnienie łóżka rodziców czy chińskich figurek przywiezionych przez ojca, oficera marynarki. Bardzo osobiste, przepięknie napisane, przepełnione miłością i tęsknotą.  

Typ prozy do której chce się wracać i wracać, aby upajać sie pięknem języka.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 24 maja 2013

"Zbrodnia i kara" Fiodor Dostojewski

Arcydzieło, jedna z najlepszych powieści jakiekolwiek dotychczas napisano, przesławna "Zbrodnia i kara". Postanowiłam sobie tą lekturę odświeżyć. Już nie mogę się doczekać przeczytania następnych utworów mistrza Dostojewskiego.
 
 Jest to opowieść o zawszonej, brudnej, śmierdzącej rzeczywistości. Historia Rodiona - zabójcy, biednego byłego studenta prawa(!), którego cały światopogląd okazuje się mylny, zły, grzeszny. Całe, przebogate studium psychologiczne jednostki ludzkiej, mordercy: podpuszczanie przez władzę, zaprzeczenie, strach, powrót na miejsce zbrodni, złość, choroba, klęska, załamanie, upadek ideologii Gdyby nie jego podejrzane zachowanie i wcześniejsze poglądy, to nikt za bardzo nie uznałby go za winnego dokonania najgorszej możliwej zbrodni. Jego jakże naiwne, jakże głupie, jakże durnowate myślenie doprowadza do jego klęski, nie jest nadczłowiekiem, nie jest ideałem, nie jest wybitny, nie jest nawet wyjątkowy, i tak samo nie ma ludzi-wszy, nie może być innego końca! 

Przeczytaj do końca >>



Książkę zrecenzowałam w ramach mojego wyzwania: