sobota, 31 sierpnia 2013

"Lotem gęsi" Mariusz Wilk


Gdybym chciała napisać o czym jest „Lotem gęsi” Mariusza Wilka i jak zrozumieć tą książkę, to napisałabym te dwa cytaty:
„Wiecie, czym się różni wojażer od włóczęgi? Ano tym, że drogi wojażera zawsze wiodą do jakiegoś celu (...) Natomiast dla włóczęgi sama Droga jest celem. Dlatego wojażer prędzej czy później powraca ze swoich wojaży, a włóczęga wytrwale podąża dalej... (...) Włóczęga bowiem jest  s t a n e m  d u c h a, a nie czynnością – profesją lub hobby – jak wojażowanie”.
„Wiecie, czym różni się książka podróżnicza od książki-tropy. Ta pierwsza – według White’a – jest kolekcją wiorst, rodzajem kulturalnej turystyki (trochę historii i trochę kuchni, nieco śmiego i owego), druga jest włóczęgą w pełnym tego słowa znaczeniu. Nigdy bowiem nie wiesz, pisząc, dokąd dotrzesz! Książki-tropy nie mają ani początku, ani końca, są kolejnymi śladami jednej i tej samej tropy, gdzie prolog może okazać się epilogiem, a epilog – prologiem”.
Bo „Lotem gęsi” jest kolejną książką- tropą napisaną przez włóczęgę.
Jak pisze Mariusz Wilk? Sam ujął to idealnie: „-Piszę, droga pani – odrzekłem – jak chodzę, niespiesznie, żeby czytając, można było kontemplować to, co widzę, idąc. To proza nie dla miłośników bystrej jazdy i migotliwych obrazków. Sądzę też, że to kwestia wieku. Z każdym rokiem coraz bardziej czuję jesień. Z każdym krokiem – ich mniej”. Toteż czytałam wolno, zabierając książkę na spacery, siadywałam na plaży, patrzyłam na morze w kierunku Saint-Malo, gdzie spotkał Kennetha White’a na festiwalu Etonnants Voyageurs i myślałam, że kiedyś może dotrę tam w tym czasie, wszak promem ode mnie to tylko dwie godziny.

Gdzie tym razem wiodła tropa Mariusza Wilka? Ciągle na Północ, bo „Północ to nie miejsce, lecz stan umysłu”, a tropa się zmieniała, bo jak stwierdził Wilk, to nie on wydeptuje tropę, tylko tropa jego wydeptuje.
Tym razem oprócz terenów doskonale znanych Autorowi podążymy do kanadyjskiego Labradoru śladami Kennetha White’a, a właściwie zupełnie inną drogą. Mimo że ziemia obca Wilkowi, to i tam znajdzie ludzi Północy podobnych jemu samemu, co znowu spowoduje lawinę przemyśleń. Także na temat zniszczeń, których biały człowiek dokonuje na dziewiczych terenach i w  dziewiczych sercach i umysłach Indian.

Jest oczywiście i Karelia, tym razem spacerujemy po jej stolicy Pierozawodsku. Nie tylko współcześnie, ale i w przeszłości, która była sfalsyfikowana, śledzimy więc drogę, która prowadzi do odprostowania jej przeszłości.

I ostatnia tropa. Najważniejsza. Martusza. „Przez ten rok nauczyła mnie wiele. Przede wszystkim tego, że czas można łuskać jak fasole, przebierając w palcach każdą chwilę i wyłuskując z nich ziarna wieczności. Że zarówno czas, jak i przestrzeń mają różne wymiary, które niestety przestajemy dostrzegać z biegiem lat, ale wystarczy wychynąć z siebie, żeby ponownie je odnaleźć. I że życie może być wspaniałym tańcem, jeśli się odczuwa wspólny rytm krwi”.

Lubię książki Mariusza Wilka. Czasami mam wrażenie, że to nie ja czytam jego książki, tylko one czytają mnie. Nie inaczej było z „Lotem gęsi”. Piękne, rytmiczne pisanie, smakowity język. Sięgałam po tą książkę i ją odkładałam, czasami miałam wrażenie, że sama mnie szukała. To książka, gdzie po lekturze akapitu mogłam się zamyślić na długą chwilę, na pół dnia. To pisanie trzeba poczuć, a polubienie przychodzi już samo.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.

piątek, 30 sierpnia 2013

"Tropami rena" Mariusz Wilk



Czym jest kolejna część „Dziennika Północy” Mariusza Wilka? Opatrzona została cytatem z Bruce’a Chatwina: „Prawdziwym domem człowieka nie jest budynek, ale Droga, a życie to podróż, którą należy przejść na piechotę”. Jest to niewątpliwie książka Drogi tej dosłownej i tej wewnętrznej, ale także esej, opowieść o Saamach, najstarszym plemieniu Europy, o którym napisano już tak wiele i wciąż wiadomo tak niewiele. Wilk przychyla się do jednej z hipotez, że Saamowie (Lapończycy) wywodzą się z jaskiń Lascaux, Cro-Magnon i Altamiry, a przybyli na Północ podążając za renami, które kierowały się tam za przesuwającym się lodowcem. Dlaczego właśnie za renami? Wilk uważa, że powodowało to mięso rena, według niego najsmaczniejsze, najczystsze na świecie, którego smaku nie można porównać do niczego innego.

Wędruje więc Wilk śladami koczowniczego plemienia Saamów, natykając się na swojej drodze na szamańskie kręgi, naskalne rysunki, aby przekonać się, czy prawdziwi Saamowie jeszcze istnieją, a jeśli tak, to w jakiej formie przetrwali. Niewiele po nich pozostało, najwięcej starych opowieści, stare obrzędy, pieśni, trochę rękodzieła, sami Saamowie nie przywiązywali wagi do rzeczy materialnych, stąd też nie znajdziemy wiele symboli kultury saamskiej,
Kujwa - źródło 
które przetrwałyby do naszych czasów. Saamowie nie posiadają jednego języka, istnieje raczej wiele narzeczy, dopiero niedawno powstały próby stworzenia języka i alfabetu saamskiego. Jako że nie było wcześniejszej możliwości zapisu dziejów przez Saamów, stąd historia starego plemienia nomadów coraz bardziej odchodzi w zapomnienie, umierając wraz z najstarszymi członkami, a ci, którzy jeszcze żyją zazdrośnie jej strzegą. 
Wciąż jeszcze istnieją rysunki naskalne, święte miejsca ukryte gdzieś daleko w tundrze i garstka potomków Saamów, daleko na Półwyspie Kolskim, zepchniętych tam przez cywilizację, napływ Rosjan, którzy odzierani są kawałek po kawałeczku ze swojej tożsamości, wiary i obrzędów. Ich krew już dawno zmieszała się z krwią ludności napływowej, więc istotne jest pytanie, czy prawdziwi Saamowie jeszcze istnieją? Może to nie kwestia krwii, ale sposobu życia? Na swojej drodze Wilk spotyka innych pasjonatów, którzy podążają podobną drogą. Muzealnicy, etnografowie, lingwiści, to z nimi wymienia uwagi i spostrzeżenia, dzieli się swoją fascynacją.

O ile w „Domu nad Oniego” można było wyczuć niechęć Autora do Europy, w „Tropami rena” można nabrać pewności, że Wilk Europy jako takiej nie lubi i otwarcie ją krytykuje, z jej narzucającą się zachodnią kulturą, zawłaszczaniem coraz większych połaci, do niedawna jeszcze dzikich, ziem. W jednym z wywiadów powiedział kiedyś: „Mówiąc o pustce, myślę o tej pustej i czystej szklance, w którą można nalać świeże wino... Na Północy nie ma historii (zabytków, ruin, granic...), więc nie ma o co się spierać. Północ to stan uma”. Odsyła nas do “Słownika Języka Polskiego Witolda Doroszewskiego, gdzie stoi czarno na białym, że w dawnej polszczyźnie „umem” nazywali rozum, rozsądek i umysł”.
Jezioro Duchów - źródło  
Zdaje się, że to właśnie znajduje na dzikiej Północy, u starego Kujwy i nad Jeziorem Duchów, świętym miejscem Saamów.

Przyroda jest bardzo ważną częścią książki i jej działające na wyobraźnię opisy zapierają dech w piersi, jednakże żałuję, że nie ma zdjęć z Półwyspu Kolskiego. Bardzo mi tego brakowało. Czy jest to zabieg celowy, aby uchronić ten kawałek ziemi przed turystami i najeźdźcami z Europy? Być może. Wśród dzikiej przyrody saaamskiej ziemi Wilk daje się poznać jako zwolennik animizmu. Przytacza słowa jednego z Saamów: „Chodzi o to, co chrześcijanin nazywa duszą, twierdząc, że tylko człek ją posiada. Dla nas natomiast cała przyroda jest uduchowiona, Gdzie spojrzysz, stamtąd duch wygląda, zarówno z człowieka, jak i ze zwierzęcia, z drzewa, z rzeki czy z kamienia. Zatem byle źdźbło ma swoją moc, co od dawna zresztą wykorzystuje medycyna ludowa. Stąd nasz szacunek dla przyrody, a i respekt przed nią”. Pisze: “w pierwotnych wierzeniach Północy oczy były zaczątkiem tego, co w późniejszych religiach przyjęto nazywać duszą. W oczach ogniskowała się siła duchowa. Patrzeć – znaczyło być. Dla animistów każdy kamień, drzewo, góra lub rzeka są obdarzone duszą. Nic dziwnego, że cała Przyroda spogląda na nas w milczeniu. Ileż to razy, wałęsając się po północnych tropach, miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Że ciągle ktoś na mnie patrzy – to z gąszczu wyziera, to z gór popatruje, to z jeziora wygląda. Wrażenie to potęguje niezwykła cisza północnej przyrody. Jej bezmowność. Sam chciałbym kiedyś być samym czystym patrzeniem bez nazwy, na granicy, gdzie kończy się ja i nie-ja”.
 
Kujwa - źródło
„Tropami rena” imponuje erudycją, ale język już nie jest aż tak bardzo koronkowy, gęsto poprzetykany rusyzymami. W książce znajdziemy ślady aktualnych literackich fascynacji Wilka. Tym razem jest to Bruce Chatwin – piewca Drogi oraz chiński poeta Li Bo – wyznawca taoizmu i podróżnik- włóczęga.

“Tropami rena” to odbicie niezwykłej Drogi, gdzie odpowiedzi na najważniejsze pytania odnalezione zostały w milczeniu. Do niespiesznego czytania i bez europejskiej gonitwy. Koniecznie.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.


czwartek, 29 sierpnia 2013

"Dom nad Oniego" Mariusz Wilk


Sięgając po pierwszy tom „Dziennika Północy” autorstwa Mariusza Wilka oczekiwałam wspaniałej opowieści o Karelii, krainy leżącej w Rosji, tuż u stóp Finlandii. Niewiele było mi wiadomo o tej ziemi i jej mieszkańcach, poza sprawami oczywistymi, że są tam białe noce, że zima trwa około osiem miesięcy i że jest bardzo zimno. Któż może lepiej znać realia od osoby, która tam mieszka, zmaga się z codziennością, nie jest turystą, który zobaczy główne atrakcje i przyswoi tylko to, co zostanie mu powiedziane lub pokazane? Intrygowało mnie również to, dlaczego ktoś ucieka od cywilizacji, zaszywa się nad pustkowiu i wraca do prostego i z pewnością niełatwego życia. Jak się żyje na takiej ziemi? Czytałam kiedyś, że wcześniej ta ziemia była gęsto zaludniona, a w ostatnich latach chałupy zieją pustkami, a ziemie kołchozów zamieniają się w połacie nieużytków. 
Po części moje nadzieje zostały spełnione.
Ze stron książki wylania się obraz silnego i odważnego mężczyzny, typowego macho, czasami o kontrowersyjnych poglądach. Podziwiałam ogromnie jego oczytanie i erudycję, a czasami raziły jego opinie.

Właściwie nie wiem, jak nazwać książkę Wilka, wszak każdy dziennik można pisać w sposób dowolny, ale szczerze mówiąc zabrakło mi tam opisów codzienności, nieco bardziej intymnych zwierzeń. Rozumiem, że każdy zimowy dzień jest walką o przetrwanie obejmującą wyrąbywanie lodu w przerębli, rąbanie drwa na opał i dbanie o ciepło w izbie, aby nie zamarznąć w czterdziestopniowym mrozie, ale jakieś osobiste szczegóły lub ich namiastka chociaż, mogłyby się tam znaleźć. Tak, tego typu książki traktuje trochę jak podglądanie sąsiada przez okno. Autor jest zdania, że „Dziennik – to rodzaj ukrycia się... Szkoła samodyscypliny i bezustannej uwagi, by nie wypaść z siebie i nie stracić dystansu. Co innego w powieści, tam można się obnażyć i pokazywać do woli najskrytsze strony swojej osobowości pod maską tego czy innego bohatera. Fikcja pozwala autorowi głosić bulwersujące poglądy, wkładając je w usta zmyślonych postaci”.
Zachłannie czytałam wszelkie opisy przyrody, szczególnie tytułowego jeziora, starając się stworzyć w wyobraźni karelski obraz, zarówno zimowy, jak i letni, ale jakoś mało było mi tej Karelii, chciałabym więcej. Niewiele dowiedziałam się o mieszkańcach, poza tym, że piją i są leniwi, chociaż  Wilk zapewnia, że trzeba z tymi ludźmi popracować, aby przekonać się jacy są naprawdę. „Ludzi także pierwej wypada poznać, żeby zrozumieć nie tylko to, o czym mówią, gdy wypiją, lecz także to, o czym milczą, gdy są trzeźwi”.

Karelia i jej opuszczone domy - źródło.

Dużo za to w książce znajduje się ciekawostek kulturoznawczych, obyczajowych, które pokazują ogromną wiedzę autora na temat krainy, w której mieszka. Przyznaję, że budzi to we mnie podziw i respekt. Wilk dzieli się także z nami przemyśleniami na temat obejrzanych filmów, czy przeczytanych książek, nie tylko na temat Rosji. Mnie szczególnie zainteresowały jego przemyślenia na temat twórczości Kawabaty, którego dzieła omijam wzrokiem na moich półkach. Może już nie powinnam?
Wiele jest momentów w książce, które mnie zachwycają, chociażby opowiesc o Pleszczusze i pieczce.

Język, którym posługuje się autor jest specyficzny, pełen archaizmów i rusycyzmów, mnie on nie razi, książkę czytało mi się nad wyraz dobrze i z przyjemnością. Dawkowałam sobie to czytanie, bo miałam wrażenie, że nie mogę przemknąć po stronach książki, aby nie uronić czegoś ważnego i cieszyć się dłużej melodią języka Wilka.
Słowem – podobało mi się. Mam ochotę wniknąć głębiej do tak opisywanego świata. Z pewnością będę dalej podążać tropą Mariusza Wilka. Dobrze, że "Dom nad Oniego" to dopiero pierwsza część "Dziennika Północy".

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.


niedziela, 25 sierpnia 2013

"Katarzyna Wielka. Gra o władzę" Ewa Stachniak

Katarzyna II Wielka jest bardzo znaczącą postacią w historii. Caryca Rosji od 1762 roku, była władczynią bezwzględną, rządzącą twardą ręką, zdecydowaną, która miała swój wkład również w historię Polski. Brała udział w rozbiorach naszego kraju. Mało kto jednak wie, że nie tylko to ją łączyło z Polską, bowiem w 1755 roku poznała 23-letniego Stanisława Augusta Poniatowskiego, wówczas osobistego sekretarza sir Charlesa Williamsa i niedługo poem wdała się z nim w niebezpieczny romans, którego owocem była ich córka, Anna Piotrowna.

Nie da się ukryć, że Katarzyna II jest bardzo ciekawą postacią historyczną. Rosja zresztą od jakiegoś czasu mnie przyciąga, nie mogłam więc oprzeć się tej książce; książce, w której Ewa Stachniak przedstawia portret kobiety, przybyłej na dwór rosyjski jako pruska księżniczka, a która stała się ostatecznie Imperatorową Wszechrusi. Kobiety, która z niewinnej, na pozór nieśmiałej, młodej dziewczyny staje się pewną siebie, bezwzględną i potężną carycą. Młoda księżniczka Anhalt-Zerbst, Zofia, przybywa na zaproszenie carycy Elżbiety do Pałacu Zimowego. Elżbieta widzi w niej dobry materiał na żonę swojego siostrzeńca i następcy tronu, Piotra. Nie wszystkim jednak podoba się fakt, że po rosyjskim dworze przechadza się pruska księżniczka, nawet mimo tego, że ma ona dopiero czternaście lat. A w Pałacu Zimowym wszystkie ściany mają uszy, każdy musi uważać na to co mówi i nie wierzyć w to, co słyszy - oszukują bowiem wszyscy bez wyjątku.



wtorek, 20 sierpnia 2013

"Maszeńka" Vladimir Nabokov

Był to pensjonat rosyjski, w dodatku nieprzyjemny. Nieprzyjemne było przede wszystkim to, że przez cały boży dzień i kawał nocy słychać było pociągi kolei miejskiej i wydawało się, że cały dom powoli dokądś jedzie. Przedpokój, gdzie wisiało ciemne lustro z półeczką na rękawiczki i stał dębowy kufer, o który łatwo było uderzyć kolanem, zwężał się, przechodząc w nagi, bardzo ciemny, korytarz. Miał on po każdej stronie trzy pokoje z dużymi czarnymi cyframi naklejonymi na drzwiach. Były to po prostu kartki wydarte ze starego kalendarza – sześć pierwszych dni kwietnia. (s. 11)


Na pozór ot, zwykły opis pensjonatu. A jednak nie do końca. W moim odczuciu to esencja „Maszeńki”, a zarazem dyskretne wprowadzenie kluczowych elementów. W pierwszym zdaniu daje się poznać nabokovowski sarkazm. Drugie i trzecie zdanie wprowadzają istotne dla powieści motywy czyli pociąg i lustro. Natomiast piąte i szóste to z jednej strony symbolika liczby, z drugiej – kolejny żart ze strony autora: przecież nikt nie wymyśliłby tak kuriozalnych oznakowań pokojów.

Ciąg dalszy tu

niedziela, 11 sierpnia 2013

Lew Tołstoj - Sonata Kreutzerowska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1987
Pierwsze wydanie: Крейцерова соната, 1889
Stron: 190
Tłumacz: Eleonora Słobodnikowa (Albert), Maria Leśniewska (Sonata...)

Moje wydanie zawierało też opowiadanie Albert, krótką opowiastkę o skrzypku-alkoholiku. O nim później.
Skandaliczna Sonata Kreutzerowska to relacja o burzliwym małżeństwie Pozdnyszewa. Wszystkiego dowiadujemy się w jego rozmowie z innym pasażerem pociągu. Jego opowieść jest pełna emocji, sączy się z niej zazdrość, nienawiść, pożądanie i pogarda.
Człowiek ten wpada w ciąg monologów, w których wyłuszcza swoje poglądy na społeczeństwo, mężczyzn i kobiety, ludzką moralność i różnice między klasami. Co jednak najważniejsze i będące przyczyną całego skandalu wokół Sonaty to atak na instytucję małżeństwa, wieszanie psów na obu płciach i krytykowanie ówczesnego wychowania dziewcząt. Pozdnyszew jest bardzo radykalny i w tym swoim radykalizmie posuwa się bardzo daleko.
 
cd. u mnie --> Mikropolis

piątek, 12 lipca 2013

"Generation P" Wiktor Pielewin.

Pielewina zna pewnie wielu z Was, ja dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę. Autor jest jednym z najbardziej poczytnych rosyjskich pisarzy. Dopiero go odkryłam, ale prawie od początku tej lektury zachwyciłam się jego piórem bezgranicznie.

"Generation P", czyli Generacja Pepsi-coli to jeden z najbardziej znanych jego utworów. Generacja ta to młodzi ludzie, którzy muszą się odnaleźć i stworzyć własne życie w realiach nowej Rosji.
Książka opowiada historię Wawy Tatarskiego, który jest... jakby go tu pokrótce określić, hm, który jest...  zdolnym oszołomem.
Udaje mu się zdobyć pracę jako copywriter, wymyśla spoty reklamowe, myśl przewodnią i całą koncepcję zareklamowania produktów znanych marek na rynku rosyjskim.
Pielewinowi należą się oklaski  uznania. Stworzył postać tak pokićkaną, zakręconą, psychodeliczną, wyjętą z normalnego świata, że jestem tym wstrząśnięta. Wawa raz doprowadza mnie do śmiechopłaczu, by innym razem przerazić swoją nieodpowiedzialnością. Chcecie przykładu? Proszę bardzo: Tatarski je (to mało powiedziane - żre, wpierdziela, aż mu się uszy trzęsą) muchomory i rozmawia ze znakami drogowymi, wiele tu narkotyków, schizofrenii, aż dziw, że bohater wychodzi z tego wszystkiego bez szwanku.
Na ciąg dalszy zapraszam do Czytelni.


Wyzwanie:




niedziela, 7 lipca 2013

"Znak wodny" Josif Brodski


Moje pierwsze polskie wydanie tej książki poprzetykane jest pięknymi sztychami Joannesa Baptisty Brustoloni. Cudownie obrazują poetycko-nostalgiczną treść. Esej niewielki, zaledwie sto stron, a pochłania całkowicie uwagę i narzuca wolne tempo czytania. Tam wśród stron słychać szum wody, cichy plusk wiosła, krople wody, które spływają po murach i drążą je niestrudzenie. Przez esej płynie się niczym gondolą, wznosi i opada, czytając pełne miłości, troski i uwielbienia słowa na temat kolejnego miasta Brodskiego nierozerwalnie połączonego z wodą, tym razem położonego na bagnistych wyspach, poprzecinanego niezliczonymi kanałami. Wenecja.
„W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedzielę, dźwięk jego niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny, porcelanowy serwis do herbaty. Otwieramy okno na oścież i pokój w jednej chwili zalewa ta kłębiąca się na zewnątrz, przesycona dzwonieniem mgiełka.”.
Potrzeba nieco czasu, aby wsluchać się w to mokrą opowieść lawirującą pomiędzy kanałami.

Przez siedemnaście zim Brodski chował się świątecznie i noworocznie w Wenecji, która ukochał właśnie o tej porze roku. Nie-mieszkaniec, ale również nie-turysta, dostrzegał w tym mieście więcej niż przeciętne oko. I mam wrażenie, że kochał Wenecję nie mniej, niż przeciętny wenecjanin.  Poetycka proza Brodskiego to obrazy miasta odbite w wodzie i w lustrach, cuda architektury, które oglądane przez pryzmat wody nabierają zupełnie innego znaczenia, wrażenia przemijalności, upływania czasu.

Cudownie byłoby spacerować ze „Znakiem wodnym” po Wenecji, jakże inaczej brzmiałyby te słowa na moście Westchnień czy u stóp Canale Grande. Jakże inny byłby Plac św. Marka czy mały bar przy stazione. „My bowiem znikamy, a piękno pozostaje. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gdy piękno jest wieczną teraźniejszością”.
Z przyjemnością poznałam Wenecję Brodskiego, ale przyznaję, że wolę jego Petersburg, bardziej rosyjski, słowiański i bliższy mojemu sercu.
Brodski ukochał obydwa miasta, w Petersburgu zostawił swoje serce, zaś jego ciało spoczęło  na San Michele.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

niedziela, 30 czerwca 2013

„Stacja tajga” Petra Hůlová


„Stacja tajga” Petry Hůlovej to nie jest książka, która przyniesie radość i odprężenie. To bardzo mroczna, dosyć przygnebiająca powieść, gdzie są „Czarne lasy. Jakby ciężarówkami zwożono do nich całą ciemność. Ciemnozielone, z polanami porośniętymi wiecznie mokrą trawą tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi”.
Książka wymaga od czytelnika skupienia, nadążania za skomplikowaną, chaotyczną narracją i mnogością wątków. Przeczytałam sto stron i ciągle nie byłam zdecydowana, czy chcę kontynuować czytanie, historie opowiadane w książce odpychały mnie, aby po chwili przykuć do fotela. Później zaś długo też nie byłam zdecydowana, czy ta powieść podoba mi się, czy wręcz przeciwnie. Nastąpił jednak przełom, który spowodował, że „Stacja tajga” wchłonęła mnie kompletnie i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam końcowego akapitu, który wyjaśnia wszystko.
Dwa miejsca na mapie - zagubiony w syberyjskiej tajdze Charyń, którego nie ma nawet na wojskowych mapach, i Kopenhaga. Czasy tuż po drugiej wojnie światowej i współczesne. Dwie postacie – Hablund Doran, fabrykant marzyciel, który wybiera się na Syberię, aby zgłębić obrzęd Kawaszi i życie zagubionych w tajdze enklaw oraz antropolog Erske i jego podróż śladami Hablunda, pozornie aby wyjaśnić powody jego zniknięcia, ale przede wszystkim podnieść swój prestiż na uczelni.

Muszę przyznać, że Petra Hůlová potrafi budować nastrój i napięcie. Jest w tej książce coś, co czuje się każdą komórką ciała, coś na kształt muzyki w filmie, coś, co powoduje podwyższoną czujność, napięcie i oczekiwanie na zbliżającą się katastrofę. Dzięki jej słowom tajga jest ciemna, groźna, niebezpieczna, a w Charyniu czuje się czające w mroku zło i tajemnice. Syberyjska zima jest oślepiająco biała i jeszcze bardziej mroźna, którą można znieść jako tako czytając książkę latem. Bo to tylko pozornie książka o zaginięciu i poszukiwaniach. Jest to przede wszystkim opowieść o mieszkańcach Syberii, mieszkających w jednej wiosce, ale tak naprawdę to daleko od siebie tak bardzo, że się bardziej nie da,  tubylcach – plemieniu Karów i przesiedleńcach. Przesiedleńcy znaleźli się w Charyniu za karę, większe lub mniejsze przewinienia przeciwko socjalistycznemu Kraju Rad, a Karowie, pogardliwie nazywani przez nich buraczarzami, byli tam od zawsze, ze swoją wiarą w wielu bogów, obrzędy i wielożeństwem. Przez przypadek zostali w tajdze odnalezieni i natychmiast usiłowano ich zmienić na modłę reszty kraju. Wszyscy zaś mają dwie wersje zdarzeń, jedną dla obcych, którym mówią co chcą lub jeszcze mniej, gdy zadawane są im pytania, drugą dla swoich.
Podobnie jak w „Czasie Czerwonych Gor” mamy zderzenie starego z nowym. Tak samo również, jak w poprzedniej książce Hulovej istotne są postacie kobiet. W „Stacji tajdze” kobiety są tylko pozornie podporządkowane mężczyznom, faktycznie mogą robić to, co chcą. Są niezależne, mają swoje cele. Nawet ci silni, mrukliwi mężczyźni wydają się przy nich słabi i nijacy.

„Stacja tajga” jest dobrą powieścią, ale nie porwała mnie tak, jak wielu innych. Być może sprawiła to mnogość wątków, a niektóre z nich przy końcu zostały jakby porzucone i pozostawione w zawieszeniu, a być może nadmiernie skomplikowany sposób opowiadania historii, moim zdaniem niekonieczny aż do takiego stopnia. Hůlová ma dobre pióro i potrafi tworzyć historie, cenię ją za przybliżanie tych miejsc na świecie, o których nie wiemy praktycznie nic i liczę na to, że w kolejnej książce znowu zabierze nas w jakiś nieznany zakątek świata. 


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 31 maja 2013

"Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście" Josif Brodski


Już od kilku dni zastanawiam się, jak napisać o „Dyptyku petersburskim” Josifa Brodskiego, bo te dwa eseje są tak dobre, że powinnam się ograniczyć do przetoczenia kilku cytatów, które byłyby najlepszą rekomendacją. Będę więc oszczędna w słowach i niech Brodski mówi sam za siebie, bo to on jest mistrzem słowa pisanego.

Pierwszy esej, w oryginale napisany po rosyjsku, a przetłumaczony przez Pawła Hertza – „Przewodnik po przemianowanym mieście” – traktuje o ukochanym mieście Brodskiego, któremu patronują dwa pomniki – słynny Jeździec Miedziany na Placu Senackim oraz pomnik Lenina przed dworcem Fińskim. To Petersburg, przez 67 zwany również Leningradem. 
"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używac ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby”.
Brodski maluje jego duchowy portret, mocno osadzony w ramach historii, przypomina, że to rosyjskie miasto zbudowano nad kanałami Newy, niczym Wenecję Północy i jest najmniej rosyjskim miastem, a przez to bardzo osamotnionym.
“To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu”.
Petersburg w oczach Brodskiego i świata, to nie tylko piękne położenie, wspaniałe budynki, ale przede wszystkim kolebka literatury rosyjskiej.
“Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda może świadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy”.
Niezwykły to esej, który wiele wyjaśnia, ale skłania również do kolejnych wewnętrznych poszukiwań.

Drugi esej “W półtora pokoju”  Brodski napisał po angielsku, a został przetłumaczony przez Annę Husarską. Wzruszający, ściskający za gardło, napisany ku pamięci rodziców Brodskiego, ktorzy żyli przez większość swego życia w półtora pokoju w Peterburgu. Wygarnięte z zakamarków pamięci strzepki wspomnień, aby zachować je zanim zostaną unicestwione, bowiem “Pamięć zdradza wszystkich, szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, sojuszniczka śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć pamięci do wskrzeszania kogokolwiek, nawet na papierze”.  To wspomnienia mieszkania, zapis gestów, mimiki, wspólnego spaceru z ojcem, wspomnienie łóżka rodziców czy chińskich figurek przywiezionych przez ojca, oficera marynarki. Bardzo osobiste, przepięknie napisane, przepełnione miłością i tęsknotą.  

Typ prozy do której chce się wracać i wracać, aby upajać sie pięknem języka.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika. 

piątek, 24 maja 2013

"Zbrodnia i kara" Fiodor Dostojewski

Arcydzieło, jedna z najlepszych powieści jakiekolwiek dotychczas napisano, przesławna "Zbrodnia i kara". Postanowiłam sobie tą lekturę odświeżyć. Już nie mogę się doczekać przeczytania następnych utworów mistrza Dostojewskiego.
 
 Jest to opowieść o zawszonej, brudnej, śmierdzącej rzeczywistości. Historia Rodiona - zabójcy, biednego byłego studenta prawa(!), którego cały światopogląd okazuje się mylny, zły, grzeszny. Całe, przebogate studium psychologiczne jednostki ludzkiej, mordercy: podpuszczanie przez władzę, zaprzeczenie, strach, powrót na miejsce zbrodni, złość, choroba, klęska, załamanie, upadek ideologii Gdyby nie jego podejrzane zachowanie i wcześniejsze poglądy, to nikt za bardzo nie uznałby go za winnego dokonania najgorszej możliwej zbrodni. Jego jakże naiwne, jakże głupie, jakże durnowate myślenie doprowadza do jego klęski, nie jest nadczłowiekiem, nie jest ideałem, nie jest wybitny, nie jest nawet wyjątkowy, i tak samo nie ma ludzi-wszy, nie może być innego końca! 

Przeczytaj do końca >>



Książkę zrecenzowałam w ramach mojego wyzwania:

 

wtorek, 21 maja 2013

"Lolita" Wladimir Nabokow

Dzisiaj będzie bulwersująco...

Ostatnio odświeżyłam sobie kolejnego rosyjskiego pisarza i utwór zaliczany do klasyki. Sławetna "Lolita", arcydzieło Nabokowa, jakże gorszące, jakże grzeszne.

Bohater sięga po zakazany owoc, a wcale nie powinien.  Niszczy tą dziewczynkę, taka młoda osoba mogła próbować go uwodzić, udawać nimfetkę, ale w głębi była małą dziewczynką przeogromnie zagubioną po stracie matki. Co z tego, że kochał? że się zauroczył? Nabokov w tak niesamowity sposób przedstawia nam jego myśli, że możemy poczuć się nim, zachwyca nas swoimi opisami tak płynnie, lekko, bajecznie... Czytelnik znajduje się w siódmym niebie i nagle spada głową w dół, w przepaść zdając sobie sprawę, że ta miłość i obsesja na punkcie Lo to zło, to grzech, nie może mieć prawa i racji bytu, powinno być stłamszone za wszelką cenę.

Przeczytaj do końca w Czytelni >>




Książkę zrecenzowałam w ramach mojego wyzwania:


 

czwartek, 16 maja 2013

"Bibliotekarz" Michaił Jelizarow


Witam wszystkich po raz pierwszy.

Jelizarow: autor – debiutant otrzymał za "Bibliotekarza" prestiżową nagrodę ROSYJSKIEGO BOOKER’A 2008.
 
 Przedstawiam Wam pozycję, która jest najwspanialszym dziełem jakie dotąd czytałam…
 
Gronow (1910-1981r) to mało poczytny radziecki pisarz, który wydał w swoim życiu 7 książek. Tematy książek dotyczyły rozbudowy kraju, życia ludności, kopalń, fabryk, ziem, czerwonych dyrektorów, kierowników kołchozów, żołnierzy. Dobro nużąco zawsze było w nich górą, zło zwalczane i uwięzione. Styl książek nudny, nie zachęcający do czytania, odpychający. Z czasem każdy wydawca odmawiał Gronowowi publikacji, bo tworzył dla ZSRR, które chyliło się ku upadkowi. Umarł w samotności jeszcze w czasie jego trwania. Po latach jego książki, które ocalały (a było ich niewiele) są w środowisku kolekcjonerów… bezcenne.

?????

A jednak!

Łagudow po przeczytaniu książki Gronowa dostaje „objawienia” jak ulepszyć świat, całkowicie zmienia swoje postępowanie, zostawia żonę, zmienia się diametralnie. To on tworzy pierwsze takie  środowisko - Bibliotekę – złożoną z członków, których wtajemnicza w działanie księgi. Staje on na ich czele…
 
 Brzmi zachęcająco? To poczekajcie na więcej…
 
Przeczytaj do końca>>



Książkę zrecenzowałam w ramach swojego wyzwania:

 

sobota, 4 maja 2013

"Zabójca mimo woli" Aleksandra Marinina

To już kolejna powieść rosyjskiej autorki, Aleksandry Marininy, którą miałam okazję czytać. Z bólem serca muszę przyznać, że powoli zbliżam się do końca, jeśli chodzi o wydane w Polsce i przeczytane przeze mnie książki tej pisarki, ponieważ po cykl o Anastazji Kamieńskiej zawsze sięgam bardzo chętnie i ma do niego ogromny sentyment. „Zabójca mimo woli” absolutnie od tego nie odstaje – kryminał w stylu Aleksandry, dokładnie taki, jaki lubię.

Daria pewnego dnia znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Od tego czasu grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. A wszystko za sprawą zwykłych zbiegów okoliczności. Dasza śledzona jest przez trójkę wynajętych przez moskiewskiego przestępcę ludzi – człowieka, który sam nie może spać spokojnie nie tylko przez samą dziewczynę, męczą go również demony z przeszłości i popełnione dawno temu morderstwo. W problem Daszy angażuje się więc Kamieńska – początkowo chcąc się dowiedzieć tylko i wyłącznie tego, kim jest dziewczyna, podejrzewana o kradzieże, dochodzi wkrótce do wniosku, że Dasza jest tylko ofiarą, na której życie czyhają niebezpieczni przestępcy. Mimo woli więc Nastia znajduje się w samym środku zawiłej intrygi, którą dodatkowo tylko ona jest w stanie rozwiązać – ale rozwiązanie wcale nie jest takie proste, skoro major Kamieńska będzie potrzebować pomocy „ojca chrzestnego” moskiewskiej mafii.

Czytaj dalej >>>


czwartek, 25 kwietnia 2013

"Kontra" - Józef Mackiewicz

"Kontra" to skrót XX-wiecznej historii Kozaków, którzy w carskiej Rosji pełnili rolę stanu wojskowego. Większość mężczyzn przez całe życie służyła w armii, mieli nadane dość spore kawałki ziemi, dzięki którym cieszyli się niezależnością materialną. Po wybuchu rewolucji bolszewickiej masowo zasilili armie białych generałów, po czym wielu znalazło się na emigracji. Ekstremalny ucisk czasów stalinowskich sprawił, iż liczna grupa (Mackiewicz wymienia cyfrę nawet 1,6 mln), zasiliła armie prohitlerowskie, nawet mimo tego, że byli sojusznikiem przez Hitlera niechcianym i wykorzystywanym głównie w końcowej fazie wojny.
Więcej (plus cytaty) tutaj.

niedziela, 21 kwietnia 2013

"Droga donikad" Józef Mackiewicz

"Droga donikąd" może nie jest najlepsza do rozpoczynania znajomości z twórczością Józefa Mackiewicza, natomiast jeśli chce się zrozumieć jego twórczość okołowojenną i powojenną nie można tej książki pominąć. 
Niemal w każdym okruchu publicystyki widać, że Mackiewicz ocenia zjawiska i ludzi biorąc pod uwagę ich stosuek do komunizmu i właśnie w "Drodze..." znajdziemy źródła tej graniczącej z obsesją postawy.
Książka oparta jest na przeżyciach pisarza z czasów pierwszej sowieckiej okupacji wileńszczyzny (czerwiec 1940 - czerwiec 1941). Ominęły go wprawdzie przeżycia najbardziej drastyczne (czyli wywózki i Sybir) - kontakty z NKWD zakończyły się na jednym przesłuchaniu, nie został wywieziony, jednak doświadczenia z tego roku życia, były wystarczające nie tylko do tego, żeby wyleczyć się ze wszelkich złudzeń raz na zawsze (dlatego też, w przeciwieństwie do swojego brata Stanisława, nawet nie rozważał powrotu do PRL), ale żeby swoje indywidualne przeżycia uogólnić i wyciągnąć z nich wnioski co do funkcjonowania całego systemu komunistycznego - a dokładniej: psychologii komunizmu.

"Droga donikąd" to bowiem rzadki przykład zbiorowej powieści psychologicznej. Obserwujemy grupę ludzi, poddawanych serii bodźców przez nową władzę. Niektórzy reaguja wprawdzie w sposób niestandardowy, ale niestety - są mniejszością i ich postawa nie będzie miała żadnego wpływu na losy zbiorowości.
Mackiewicz próbuje dowieść, że metody zastosowane przez komunistów są skuteczne niezależnie od tego, na jakiej społeczności sie je wypróbuje. Po wojnie na Zachodzie dominował stereotyp, że komnizm to taka specyfika wschodnia, szczególnie pasująca do tamtejszej mentalności, niesłusznie określanej, jako niewolnicza. Dawni poddani caratu, dzięki wielosetletniemu treningowi, przyzwyczajeni rzekomo byli do posłuszeństwa.
Tymczasem Wileńszczyzna, to przecież (wówczas) część Polski, krainy wiecznych buntowników. W dodatku, jak twierdzą niektórzy bohaterowie, pod niemiecką okupacją AK odnosiło znaczne sukcesy, dlaczego pod sowiecką miałoby być inaczej?
Kluczową rolę odegrała właśnie psychologia - parafrazując autora: Niemcy swoją jednoznaczną postawą zamienili Polaków w bohaterów ruchu oporu, Sowieci zaś, dzięki pomysłowej kombinacji kija, marchewki i przyzwyczajenia ludzi do powszechnego donosicielstwa - w szybkim tempie zniszczyli wszelki opór. Do tego stopnia, że początek wywózek nie spotkał się z żadnym oporem, a jedynie z rezygnacją.

Książka, porównując ją do klocków Lego - skonstruowana jest z najprostszych elementów: zero bajerów, bardzo wiele scen jest autentycznych, Mackiewicz zasilił ją spora porcją własnych przeżyć. To głownie zapis codzienności: praca, podróże, spotkania z ludźmi i rozmowy. A w ramach szukania osobistej przestrzeni wolności- romans z sąsiadkąPPP.
Jednocześnie większość scen niesie jakieś dodatkowe znaczenia i strzępy autorskich przemyśleń. Przyznam, że sama zauważyłam je dopiero czytając publicystykę pisarza. Choćby np. scena w polskojęzycznej szkole, gdzie mamy okazję zapoznać się z przemyśleniami pisarza na temat zjawiska nacjonal - komunizmu.
Po raz kolejny u Mackiewicza - mamy tu sporo psychologii, ale bez zbędnego grzebania w głowie bohaterom.


Z czytanych dotychczas przeze mnie "Mackiewiczów" jest chyba najlepsza, wielowarstwowa, długo zostaje w głowie. Myślę, że kiedyś jeszcze do niej wrócę:).

Przy okazji - polecam recenzję "Sprawy pułkownika Miasojedowa" autorstwa Ziuty.


piątek, 15 marca 2013

"Obraz pośmiertny" Aleksandra Marinina

Powoli wracam do swoich ukochanych kryminałów… i nie wiem czemu, ale to właśnie kryminał skandynawski oraz rosyjski najbardziej skradł mi serce, trzeba przyznać, że coś w nich jest takiego, co przyciąga. A może po prostu mam do nich sentyment?

Aleksandra Marinina jest jedną z moich ulubionych autorek, a jej słynną bohaterkę, Anastazję Kamieńską, po prostu uwielbiam. Przyznam się Wam również do tego, że na każdy kryminał tej autorki czekam z niemałą niecierpliwością, a gdy już cokolwiek wpadnie w moje ręce, nie mogę się doczekać, kiedy zacznę czytać. Kryminały Marininy mają w stosunku do mnie jakąś ogromną siłę przyciągania… Uwielbiam cyniczny humor głównej bohaterki, od pierwszej książki zapałałam sympatią do Jury Korotkowa, Miszy Docenki oraz Pączka, kolegów-milicjantów Nastii i czytanie kolejnych części naprawdę sprawia mi niemałą przyjemność. Ucieszyłam się wiec bardzo, gdy na moją półkę trafił „Obraz pośmiertny”.

Tym razem autorka postanowiła nas przenieść do rosyjskiego środowiska filmowców. W swoim mieszkaniu zostaje znaleziona jedna z obiecujących aktorek, Alina Waznis – została uduszona, wszelkie ślady jednak zostały zatarte, a w zlewie znaleziono dwie dokładnie umyte filiżanki. Wszystko wskazuje więc na to, że ofiara znała swojego mordercę. Kamieńska pracuje tym razem wraz z kolegą z pracy Jurą oraz emerytowanym milicjantem, Stasowem, teraz szefem ochrony wytwórni filmowej, w której pracuje również reżyser i partner Aliny, Smułow. Podejrzanych o zabicie aktorki jest sporo – sama ofiara była skryta i praktycznie nikt nic konkretnego o niej nie wiedział, jednak miała też wrogów oraz znajomych, którzy byli na dobrej drodze, aby nimi zostać. Zagadka nie będzie więc prosta do rozwiązania, jednak tym razem to nie sprawca jest najistotniejszy – ważniejszy jest bowiem motyw, który nim kierował…

Czytaj dalej >>>


wtorek, 12 marca 2013

"Gra na cudzym boisku" Aleksandra Marinina

Aleksandrę Marininę można bez wątpienia uznać za jedną z moich ulubionych kryminalnych autorek. Kilka jej książek już mam za sobą, kilka z nich jeszcze przede mną. “Gra na cudzym boisku” jest jedną z pierwszych powieści, napisanych przez Marininę w swej pisarskiej karierze. Ja sama postawiłam przed sobą wyzwanie przeczytania wszystkich jej powieści wydanych do tej pory w Polsce. Szkoda, że wciąż jest ich tak mało.

Anastazja Kamieńska, bierze urlop i wyjeżdża do sanatorium, aby w końcu choć w niewielkim stopniu poprawić swoje szwankujące zdrowie i wyleczyć kręgosłup oraz nadrobić zaległości w pracy tłumacza. Na miejscu jednak okazuje się, że w “Dolinie” – bo tak nazywa się sanatorium – od jakiegoś czasu ma miejsce dość przerażający proceder – działa w nim szajka, kręcąca dość krwawe i odrażające filmy. Werbowane są do tego kobiety, których, w razie czego, nikt nie będzie szukał i które do końca nie są świadome tego, co je czeka. Choć ślady są starannie zacierane, Denisow, ojciec chrzestny miejscowej mafii jest rozwścieczony, że w jego mieście, do tej pory idealnym, dzieje się coś nie do przyjęcia. Nastia trafia dodatkowo w sam środek tej gry, a gdy oferuje pomoc miejscowej policji i słyszy odmowę, zaczyna zastanawiać się, czy nie stanąć po stronie potężnego Denisowa.



poniedziałek, 11 marca 2013

Nina Berberowa - Podkreślenia moje

Nina Berberowa to emigracyjna pisarka rosyjska o skomplikowanych korzeniach (ormiańsko-rosyjsko-tatarskich). Urodzona w 1901 zdążyła zdać maturę przed rewolucją, zażyć trochę głodu i chłodu w porewolucyjnyej Moskwie, polansować się w środowisku petersburskich literatów, a następnie z jednym z nich (Władysławem Chodasiewiczem, pisarzem rosyjskim o korzeniach polsko-żydowskich) wyjechać do Paryża. Tam już nie było tak słodko.  Ciąg dalszy na moim blogu, tam też wspomnienia Berberowej o Maksymie Gorkim.
 

piątek, 8 marca 2013

"Nieśmiertelny" Catherynne M. Valente

Rosja ma wiele w swojej kulturze baśni i legend, a jedna z nich to ta o Kościeju Nieśmiertelnym. Catherynne M. Valente postanowiła więc nadać tej baśni nowy wymiar, przelać ją na karty swojej książki i stworzyć coś, co zachwyci czytelników, zafascynowanych Rosją i rosyjskim folklorem. Ja sama do takich czytelników należę, a „Nieśmiertelnego” miałam w swoich planach czytelniczych od początku.

Jednak to nie Kościej Nieśmiertelny jest główną postacią tej książki, przynajmniej nie poznajemy go od razu. Główną bohaterką jest bowiem Maria Moriewna, którą poznajemy w wieku sześciu lat, gdy stoi przy oknie i jest świadkiem tego, jak w pewnym momencie lecący ptak uderza o ziemię i zamienia się w mężczyznę. Mężczyzna chwilę potem puka do domu Marii Moriewny, a najstarsza jej siostra zostaje mu poślubiona. Maria ma trzy starsze siostry i każdą z nich spotyka ten sam los. Dziewczyna jest więc pewna, że wkrótce przyjdzie i jej kolej i jej mężem zostanie ptak. Jednak gdy ten moment nadchodzi… nic nie jest takie, jak Maria sobie wyobrażała. Poznaje jednak Kościeja i wyrusza z nim w podróż do Bujanu, magicznej krainy, w której od teraz będzie jej dom.

Nie ma chyba sensu pisać więcej o tej książce – musiałabym chyba przedstawić całą fabułę, a ta jest dość rozbudowana. I powiem szczerze, na początku trochę przytłoczył mnie język tej opowieści – mnóstwo w niej opisów, metafor i przenośni. Jednak czytając dalej, ten język właśnie zaczął mnie urzekać. Catherynne Valente stworzyła piękną bajkę – bajkę pełną magii, którą czuć na każdej bez wyjątku stronie, magii, którą strony wręcz ociekają. Język tej książki może i nie jest prosty, ale za to piękny, pełen cudownych opisów – książka bowiem składa się głównie właśnie z opisów i na początku może czytałam ją trochę opornie, to jednak szybko się do tego przyzwyczaiłam i szczerze mówiąc szkoda, że czytanie poszło mi tak błyskawicznie.

Czytaj dalej >>>